Jak każdy, składam się z gówna i złota.
Czego jest więcej — osądź sam.
Nie poprawiałem życia — tylko je zapisywałem. W neuronach. Te teksty powstały „po drodze": czasem na parkingu w Kuwejcie, kiedy silnik stygł, a człowiek wreszcie mógł myśleć; czasem na Pantin w Paryżu, przy szumie klimatyzacji na odprawie celnej w Al-Faludży, czasem po kawałku, pod rampą w Lyonie.
To nie jest literatura polerowana.
To jest życie przeżute i wyplute na papier.
Napisałem te słowa, bo pomyślałem, że warto coś po sobie zostawić dla wnuków. Kiedy za długo jedziesz nocą, zbyt wiele widzisz — i za dużo zostaje w głowie.
Widziałem głupotę, widziałem piękno, widziałem ludzi dobrych i ludzi, których nie chciałbyś spotkać po zmroku. Widziałem kraje z wysokości kabiny i z niskości ludzkiego dna. Wspomnienia kierowcy, emigranta, faceta, który widział więcej, niż chciał, i zapamiętał więcej, niż wypadało.

Kierowca. Emigrant. Człowiek w drodze.
Pół życia spędzone za kierownicą — od Polski przez Europę, Bliski Wschód, aż po Kanadę. To, co zostało w głowie, trafiło na papier.
„Z dna oka” to surowy, bezkompromisowy zapis człowieka, który spędził pół życia w drodze — między krajami, między ludźmi, między własnym gniewem a ironią.
To nie jest kolejna książka o „życiu kierowcy”. To raport z rzeczywistości widzianej z kabiny ciężarówki, promu, emigranckiej ulicy i miejsc, gdzie nikt nie stawia kamer.
Autor nie udaje, że świat jest piękny. Ale też nie udaje, że wszyscy są głupi. Choć o głupocie wie więcej niż niejeden profesor. Pisze o niej z precyzją i goryczą, jak o potędze większej niż śmierć i bardziej obecnej niż rozum.
W tych wspomnieniach jest prawda. Ta niewygodna, nieliteracka, niesalonowa.
Jeśli szukasz treści gładkich i poprawnych — odłóż. Jeśli chcesz zobaczyć świat takim, jaki jest naprawdę — dobrze trafiłeś.
Z dna oka widać więcej, niż z góry.
Dla kolegów po fachu — tych z tras, z parkingów, z promów, z odpraw, z kolejek i z objazdow; dla tych, którzy wiedzą, że życie w drodze to nie zawód, tylko charakter.
Za wszystkie noce, rozmowy, gesty, światła awaryjne, papierosy i kawy. Za to, że nigdy nie jesteśmy całkiem sami.
„Z dna oka" jest dziełem żywym — aktualizowanym regularnie, dopóki autor ma coś do powiedzenia. A ma zamiar mówić długo.
Wielkie czasy wymagają wielkich ludzi. Ale istnieją też ludzie nieznani, skromni, bez sławy. Czasem na ulicy w Oshawa mija się człowieka naznaczonego życiem, który sam nie wie, jakie znaczenie ma w historii czasu. Idzie sobie skromnie... swoją drogą... by kupić tubkę Voltarenu na bolące kolana. Nikomu nie wadzi.
„Jestem, kim jestem.”

Początki za kierownicą. PRL, drogi i ludzie.
Kontynent przez szybę kabiny. Od Paryża po Kos.
Kanada i USA. Nowe życie, nowe drogi, nowe horyzonty.
Piaski, pustynie i ludzie. Świat z innej bajki.
Przemyślenia, felietony i obserwacje — rzeczy, które nie dają spokoju.
Teksty pisane w drodze — na parkingach, pod rampami, między postojami. Bez redakcji.
Czytelnik
kwiecień 2026
Czytałem to późno w nocy i nie mogłem przestać. Nie dlatego, że jest piękne — bo nie jest. Dlatego, że jest prawdziwe w sposób, który dziś rzadko się zdarza. Autor nie stara się podobać. Nie szuka poklasku. Pisze jak człowiek, który ma już za sobą dość kilometrów i dość ludzi, żeby nie udawać.
Są tu teksty śmieszne, są ciężkie, jest kilka takich, które siedzą w głowie jeszcze następnego dnia. To nie jest literatura z półki z nagrodami. To jest coś lepszego — literatura z życia.
Autor
kwiecień 2026
Dziękuję za miłe słowa.
Przeżyłem kawałek czasu. Nazbierało się tego na dnie oka — pomyślałem, że powinienem coś z tym zrobić — efekt; patrz wyżej.