Jak każdy, składam się z gówna i złota.
Czego jest więcej — osądź sam.
Nie poprawiałem życia — tylko je zapisywałem. W neuronach. Te teksty powstały „po drodze": czasem na parkingu w Kuwejcie, kiedy silnik stygł, a człowiek wreszcie mógł myśleć; czasem na Pantin w Paryżu, przy szumie klimatyzacji na odprawie celnej w Al-Faludży, czasem po kawałku, pod rampą w Lyonie.
To nie jest literatura polerowana.
To jest życie przeżute i wyplute na papier.
Napisałem te słowa, bo pomyślałem, że warto coś po sobie zostawić dla wnuków. Kiedy za długo jedziesz nocą, zbyt wiele widzisz — i za dużo zostaje w głowie.
Widziałem głupotę, widziałem piękno, widziałem ludzi dobrych i ludzi, których nie chciałbyś spotkać po zmroku. Widziałem kraje z wysokości kabiny i z niskości ludzkiego dna. Wspomnienia kierowcy, emigranta, faceta, który widział więcej, niż chciał, i zapamiętał więcej, niż wypadało.
Spójrz na moją torbę podróżną. Wie tyle o podróżach co ja, a może i więcej. Lata tuła się ze mną i te lata nadały jej bolesny wygląd. Widać na niej wszystko. Różne pogody, od Toronto po Vancouver, od San Diego po Miami.
Przez te lata stwardniałem jak jej rączka. Zabrudziłem swój cel życia — jak zabrudzona jest skóra pod rączką potem mych dłoni. Na jednym końcu stalowe kółko próbuje przerwać skórzany uchwyt. Czekam, aż przerwie...
Wyrzuciłbym ją, ale jestem przywiązany. Życia nie można zaczynać od nowa. Nowe życie to nowe błędy.
Wielkie czasy wymagają wielkich ludzi. Ale istnieją też ludzie nieznani, skromni, bez sławy. Czasem na ulicy w Oshawa mija się człowieka naznaczonego życiem, który sam nie wie, jakie znaczenie ma w historii czasu. Idzie sobie skromnie... swoją drogą... by kupić tubkę Voltarenu na bolące kolana. Nikomu nie wadzi.
„Jestem, kim jestem."
Początki za kierownicą. PRL, drogi i ludzie.
Kontynent przez szybę kabiny. Od Paryża po Bielefeld.
Wkrótce
PEKAES. Kuwejt, Al-Faludża. Piasek i upał.
Wkrótce
Od Toronto po Vancouver. Wolność i samotność.
Wkrótce
Od San Diego po Miami. Ameryka bez filtrów.
Wkrótce