Czytałem Irwinga — „Wzlot i upadek Luftwaffe".
Panie Boże! Daj mi chociaż jedną babę dziennie.
— Im starszą — tym lepiej!
Amen.
— A kto się tak żarliwie i przedziwnie modli?
— Jak to kto? — Mechanik samochodowy, oczywiście!
Za fajera siedzę dłużej aniżeli chciałbym się do tego przyznać. Właśnie ze względu na moje długoletnie doświadczenie za kółkiem, wiem jak ważna jest sprawność samochodu. Wyznaję świętą zasadę, że jeśli ja będę dbał o autko, to ono zadba o mnie. Bo profilaktyka to wielką rzecz — nie tylko w motoryzacji zresztą — jest!
Oczywiście nie mogę mieć wpływu na faceta (rzadziej facetkę), który po alkoholu czy narkotykach wyskoczy na setce z bocznej ulicy i będzie usiłował mnie staranować. Ale za sprawność mojej bryczki odpowiadam wyłącznie ja sam.
Sama profilaktyka to jeszcze nie wszystko — trzeba jeszcze znaleźć mechanika, któremu się ufa. To fakt, że trzeba go ze świecą szukać. A jak się znajdzie, trzeba kochać, hołubić, doceniać i na rę… cach nosić. Nawet za cenę przepukliny. Oczywizda! — z bele czym nie pędzę w objęcia mechanika, ale kanału nie będę kopał w moim micro ogródku, bo i po co.
W Polsce miałem wypracowany własny „system naprawczy". Wszyscy znają przysłowie: „kto smaruje — ten jedzie" — prawda? Więc smarowałem. Czystą, hojną rączką smarowałem brudną, spracowaną rękę i pewnie dlatego jeździłem bezproblemowo. Każdy z mechaników wiedział, że po przeglądzie kolorowy papierek o solidnym nominale zmieni właściciela. W zamian za ten drobny gest, tenże mechanik prowadził moje auto troskliwie, jak oddany doktor prowadzi pacjenta.
Tu w firmowym serwisie jestem anonimowy. Nie mam twarzy. Dalej niż recepcją nie przebrnę. Klienci do hali naprawczej wstępu nie mają. Nie mam pojęcia kto i co grzebie przy moim aucie. Tutaj już z trzy razy wrobiono by Rzegotkę w wymianę tłoków na „nowe" — tylko po to by policzono. A za rzekomą robociznę, jeszcze ze dwa albo trzy razy tyle.
Onegdaj, myjąc na publicznej myjni autko Rzegotki, zobaczyłem że licznik po następnych 170 km. przekroczy limit gwarancji. Trzeba odprowadzić go do warsztatu na ostatni przegląd w ramach gwarancji. Rzegotka odprowadziła autko do firmowego warsztatu. Przywitano ją uprzejmnie — kto by się nie ucieszył, jak się baba sama podkłada. Poprosiła o ostatni serwis i zapytała co obejmuje. Obdarzyli ją listą, z której wynikało że sprawdzą każdą z wymienionych 25 pozycji i że jeszcze przeprowadzą rotację kół. Odnotowali numer komórki.
Podjechała córka i udały się na kawę i tour po butikach.
Trochę się zmartwiła, kiedy już po niecałych dwóch godzinach zadzwonili. Pomyślała, że pewnie w samochodzie „znaleźli" jakąś usterkę wymagającą natychmiastowej naprawy. Lecz, o dziwo! — nic z tych rzeczy. Auto było po prostu gotowe do odebrania.
Córka podwiozła ją pod recepcję. Rzegotka, zanim weszła do środka, podeszła na chwilę do autka stojącego już na parkingu. Ot tak sobie. Pooglądać.

Rzegotka przy swoim Subaru — zanim weszła do recepcji
W recepcji uśmiechnięty, usłużny pan podał kluczyki wraz z rachunkiem. Rzuciła okiem przelotnie, tylko po to aby się upewnić o czym już od 5 minut dobrze wiedziała. Po czym głośno, tak aby wszyscy dookoła usłyszeli, oświadczyła że za rotację kół NIE zapłaci! — gdyż rotacja nie została dokonana. Usłużny pan zesztywniał. Błyskawicznie starł uśmiech z twarzy i zaperzony zaczął się drzeć, że to nieprawda, że on sam widział jak mechanik zdejmował koła, bo jakże by inaczej mógłby dostać się do hamulców. Na co odparła grzecznie, że skoro miał je już zdjęte, to dlaczego ich nie zamienił, he?
Pan jest czerwony z wściekłości. Jak może takie kalumnie rzucać — zaryczał. Rzegotka zaś spokojniutko: „żadne kalumnie, tylko fakty proszę pana. Bo ja mam wszystkie cztery koła dokładnie zamarkowane. Teraz już mogę panu pokazać gdzie, albowiem ja tu do was nigdy więcej nie wrócę. Come on. Idziemy!"
Jeszcze buńczuczny, jeszcze pyszczący biegł za nią na parking. A za nimi, gęsiego, truchcikiem, wszyscy przygodni klienci.
Ponieważ rotacja kół polega na wymianie tylnych — krzyżowo — na przednie, po dokonanej rotacji nie byłoby: 1.2.3.4. (idąc od przedniego lewego wokół) a byłoby: 3.1.2.4. (idąc jak poprzednio).
Teraz, głośno, ku uciesze zgromadzonych i z satysfakcją sylabizowała poszczególne cyfry w ich oryginalnej kolejności. A nerwowemu panu powiedziała jeszcze, że teraz ma nawet duże wątpliwości czy hamulce i reszta z 25 pozycji z karty przeglądu były w ogóle przeglądane. Pan już nie był czerwony na twarzy. Pan był biały, żółty, zielony a nawet fioletowy na przemian. Pan zaczął się jąkać, coś bełkotać. Wił się jak piskorz.
W powrotnej drodze do recepcji, pozycja „rotacja kół" opiewająca na „bajeczną" sumę $99.95, magicznie wyparowała z rachunku. Wykreślona flamastrem!
Jak widać, przy odrobinie rozeznania i niedużego pomyślunku, każdy Dawidek może wygrać z Goliatem.
A oni tam pewnie zmodyfikowali dotychczasową modlitwę na:
„Boże! Daj nam ciągle chociaż jedną starą babę dziennie!
— Ale nie taką, która ma jakieś — choćby blade pojęcie o samochodzie.
— Taką starą kur… — babiszcze poślij do konkurencji.
Amen."

Translate