Obudziłem się. Wstałem, szybciutko do łazienki by sen spłukać. Ogolony, miękki — kubek kawy w ręce — siedzę z pilotem w garści. „Wiadomości z kraju i świata"…
Wojna? Wojny były, są i będą. Nic nowego, zmieniają się tylko dekoracje i narratorzy w telewizji.
Zamiast ekscytować się kolejnymi „nalotami dobra na zło", świat powinien zadać sobie prostsze pytanie: na jakich właściwie warunkach Aleksander Kwaśniewski wysłał polskich żołnierzy do Iraku, by wesprzeć George'a W. Busha i jego „koalicję chętnych"?
Bo patrząc z dystansu, wygląda to nie jak partnerstwo, tylko jak jednostronne zauroczenie Ameryką. A zauroczenie — jak wiadomo — rzadko kończy się dobrym kontraktem.
Źródła tego myślenia mogą tkwić jeszcze w sarmackiej mentalności: w dobrym towarzystwie nie mówi się o pieniądzach. Wszystko „wiadomo bez słów". Tyle że w polityce międzynarodowej brak słów oznacza zazwyczaj brak pieniędzy.
Kiedy Polska zadeklarowała udział w wojnie, wiele wskazuje na to, że nie zadbano o twarde warunki — kto płaci, ile i za co. Bo przecież żądanie podpisów i gwarancji mogłoby zostać uznane za… nietakt. Tymczasem dla Waszyngtonu był to nie brak taktu, tylko okazja.
Budując naprędce „koalicję chętnych", Dabliu Bush potrzebował ludzi — niekoniecznie partnerów do negocjacji. Polska, wchodząc bez rachunku do ręki, przestała być klientem, a stała się…
— kosztem własnym. I tu kończy się romantyzm, a zaczyna księgowość.
Bo Ameryka, wbrew wyobrażeniom, nie jest skarbonką bez dna. Od lat notuje deficyt handlowy i żyje na kredyt. W takiej sytuacji naturalne jest, że szuka nie tylko sojuszników, ale i współfinansujących.
Polska prasa próbowała to kiedyś przykryć słowem „honor". Że nie wypada się wycofać. Że trzeba być wiernym jak za Napoleona Bonaparte. Tyle że historia pokazuje, ile ta wierność była warta — Księstwo Warszawskie, namiastka państwa, i to pod cudzym zarządem Fryderyka Augusta I.
Interes życia? Raczej klasyczny przypadek Zabłockiego na mydle.
Amerykanie nie cenią ani lizusów, ani naiwniaków — z jednymi i drugimi nie robi się dobrych interesów. Aleksander Kwaśniewski zdawał się działać według starego schematu z czasów ZSRR: podporządkuj się silniejszemu, a coś skapnie. Problem w tym, że Moskwa nagradzała lojalność strachem, a Waszyngton nagradza ją… rachunkiem.
Dziś podobne złudzenia wracają w nowych opakowaniach. Politycy w rodzaju Donalda Tuska czy środowiska Prawa i Sprawiedliwości, z postaciami takimi jak Karol Nawrocki, w gruncie rzeczy poruszają się w tym samym polu napięcia: między romantyzmem a interesem.
Jeśli PiS z Nawrockim uważa, że dostanie od Stanów jakiś specjalny status „partnera", to się myli — taki status jest od dawna zajęty przez Izrael, który nie kwapi się ze zwolnieniem tego intratnego miejsca. Wręcz przeciwnie, posługując się swoimi mediami w Stanach, podważa reputację konkurentów, powoli przepisując historię.
Jeśli interes Stanów będzie zbieżny z polskim — pomogą. Jeśli nie — zrobią to, co zrobiły w Jałcie. I nie będzie w tym nic osobistego.
Bo w polityce międzynarodowej sentymenty są luksusem, na który stać tylko tych, którzy nie płacą rachunków.

Translate