Kanada — mój nowy domXI
Kaffe Lura — Jackowo, Chicago
Kanada — mój nowy dom · Rozdział XI

Chyc-ago

Chicago · Jackowo · Milwaukee Avenue

Często, jako kierowca trucka, bywałem na „Miłokach" — od Central Park po Belmont. Z czasem widywałem coraz więcej pustych lokali z tabliczkami „for rent". O polskości przypominały już tylko resztki szyldów, starte litery na szybach.

Dawno mnie tam nie było. I, niestety… chyba już nie wrócę. Domyślam się, że dziś na Jackowie niewiele zostało z polskich biznesów.

Ostatnim razem widziałem tam zaledwie dwie restauracje i kilka sklepików. Pamiętam poranek — było to około roku 2000. Jechałem przez Jackowo i zobaczyłem dzieci idące do szkoły. Po ich karnacji widziałem, że nie ma już wśród nich ani jednego polskiego dziecka. Wtedy zrozumiałem, że dzielnica zmienia się na dobre. Że traci swój polski charakter. Przez lata ta najbardziej rozpoznawalna — obok nowojorskiego „Drinkpointu" — polska dzielnica w Ameryce Północnej przestała być symbolem Polonii. Polskość w niej wymarła. Smutne to, co się stało z Jackowem.

Pamiętam czasy, kiedy wszystko tam rosło, rozwijało się na moich oczach. Ostatnim razem widziałem już tylko jeden polski biznes — na rogu Central Park i Milwaukee. Niby bar, niby knajpę — i tyle.

Kaffe Lura — Jackowo, Chicago
Jackowo, Chicago — ostatnie ślady polskiej dzielnicy.

A przecież kiedyś na Jackowie panował prawdziwy polski duch. W latach osiemdziesiątych spotykało się tam wielu rodaków: jedni drugim pomagali, szukali pracy. Kowalczyk stworzył słynny „Orbit", pokazując, że „nie tylko święci garnki lepią". Po tym zaczęła się eksplozja polskich interesów. Od delikatesów Bacika po kolejne przecznice wszystko należało do Polaków. Czuli się tam, jakby spacerowali po Marszałkowskiej czy Piotrkowskiej.

Jackowo zaczęło umierać w połowie lat dziewięćdziesiątych, kiedy przy Monticello wybudowano publiczną szkołę podstawową. Wraz z nią sprowadziło się wiele latynoskich rodzin. A Polacy — gdy zobaczyli, że ich dzieci chodzą do szkoły z dziećmi meksykańskich sąsiadów — zaczęli sprzedawać domy i wyprowadzać się. Nie chcieli już tam mieszkać.

Z dawnych 80 tysięcy Polaków pozostało tylko kilka procent. Głównie osoby starsze, które już nie chciały się przenosić — wszystko miały pod ręką, wszyscy się znali.

Ich ostoją był kościół św. Jacka — od niego wzięła się nazwa dzielnicy. Ale i kościół odczuwał polski odpływ. Ksiądz Osuch, przez wiele lat proboszcz, widział tłumy na mszy. A później — coraz mniej rodaków, coraz więcej pustych ławek.

Pamiętam, jak pierwszy raz trafiłem na Jackowo. Nowoprzybyli mówili, że życie tu „jest nic niewarte". Ale kilka lat później usłyszałem inną historię: przedwojenna, chłopska Polonia harowała jeszcze ciężej, w fabrykach Chicago, by przetrwać. Emigracja wojenna — ta z lat 40. — robiła wszystko, by się kształcić i nie trafić na najniższy szczebel drabiny społecznej. Kobiety chciały zostać urzędniczkami, mężczyźni — znaleźć miejsce w średnim kierownictwie.

Późniejsza emigracja, ta polityczno-ekonomiczna z lat 60–80, chciała jak najszybciej zakładać własne biznesy. A emigracja solidarnościowa — choć często dobrze wykształcona — brała pierwszą lepszą pracę, bez wybrzydzania.

Polonię dzieliły więc nie tylko różnice pokoleniowe, ale też różnice aspiracji i doświadczeń. Stara Polonia patrzyła na nową z nieufnością — trochę jak na niespełnione nadzieje. A nowi, młodzi, niekoniecznie chcieli pielęgnować polskie tradycje; pragnęli jak najszybciej wtopić się w amerykańską masę. Dlatego w Ameryce Północnej Polonia — prędzej czy później — umrze śmiercią naturalną.

Ps.

Dla tych co znają polysh-englsh, ten wierszyk nie powinien stwarzać trudności w zrozumieniu. Innym — niestety — współczuję.

Dzian i Mery

On się Dzianem nazywał, na nią Mery wołali.
Bardzo starzy oboje, na retajer już byli,
Filowali nie bardzo bo lat wiele przeżyli.
Mieli hauzik maleńki, peintowany co roku,
Porcz na boku i stepsy do samego sajdłoku!
Plejs na garbydż na jardzie, starą picies co była
Im rok rocznie piciesów parę buszli rodziła.
Kara była ich stara, Dzian fiksował ja nie raz —
zmieniał pajpy, tajery i dzionk służył im nieraz.
Za kornerm na stricie przy Dzianowej garadzi,
Mieli parking na dzionka gdzie nikomu nie wadził.
Z boku hauzu był garden na tomejty i kabydż,
Choć u Franka w markiecie mogła Mery je nabyć.
Czasem ciery i plumsy, bananusy, orendzie,
Wyjeżdżała by kupić przy hajłeju na stendzie.
Miała Mery dziob ciężki, pejde też niezbyt szczodrą —
klinowała ofisy za dwa baksy i kwodra.
Dzian był różnie — wakmanem, helprem u karpentera,
Robił w majnach, na farmie, w siopie i u plombera.
Oj, bywało, Ajrysze zatruwali mu dole,
Nazywając go "Greenhorn", lub po polsku "grinolem"
Raz im z frendem takiego się fajtujac dał hela,
Że go kapy na łykend zamknęli do dziela.
Raz w rok na Krysmus lub w Ister się zjeżdżała rodziną.
Z Mejnów Stelą z hazbendem, Ciet i Lolter z Bruklina.
Byli wtedy Dzian z Mery bardzo tajed i bizy,
Nim pakiety ze storu poznosili do frizy.
Boć afera to wielką i tradycji wciąż wierni,
A więc hemy, sosycze i porkciopsy z bucierni.
I najlepsze rozbify i salami i stejki,
Dwa dazeny donaców, kiendy w boksach i kiejki.
Butla "Calvert", cygara — wszak drynk musiał być z dymem,
Kicom popkorn ze sodą albo słodkim ajskrymem.
Często, gęsto Dzian stary prawił w swoich wspominkach
Jak za młodu do grilu dziampnał sobie na drynka.
Oj to gud tajm miał taki, że się trzymał za boki,
Gdy mu bojsy prawili fany story i dzioki.
Albo nieraz w dziulaju brał sandwiczów i stejków,
Potem basem z kompania na bić jechał do lejku.
Tam wypili hajbola, jak to było w zwyczaju
I śpiewali piosenki ze Starego, het, Kraju...

Raz ludziska zdziwieni; "łot se mater" — szeptali,
Że u Dzianów na porciu dziś się bólbka nie pali?...
A to śmierć do ich rumu przyszła tego poranka...
Dzian był polski, ze Lwowa, a Mery Galicyjanka!
PoprzedniSpis treściNastępny
Original text
Rate this translation
Your feedback will be used to help improve Google Translate