Kanada — mój nowy domXV
Romeo i Julia — scena finałowa
Kanada — mój nowy dom · Rozdział XV

Kultura przez DUŻE „K"

Szekspir, Rzegotka i śmierć kliniczna

Zjechałem późnym wieczorem do chałupki. Jak zwykle, prosto do łazienki by spłukać kurz amerykańskich dróg ze swego jestestwa. Po gorącym tuszu poczułem się jak nowo narodzony. Rzegotka potraktowała mnie kolacyjką przy świecach. Po zaspokojeniu potrzeb ciała czas na potrzeby intelektualne, by nie odbiegać od średniej.

Wlepiłem się w swój fotel z przyjemnością... — z pilotem w lewej & stakańczykiem w prawej garści. Joging po kanałach i... jest cuś co powinno spełnić tę rolę.

William Szekspir — „Romeo i Julia”

Rzegotka też siadła na sofie przybierając wyczekującą pozycję do odbioru kultury — z filiżanką jakiejś herbaty ziołowej na letki sen — oznajmiając jednocześnie, że widziała to dzieło Wiliama onegdaj w wersji Mosfilmu, który jako przewodnik robił w ówczesnej polskiej kulturze.

Zaczęło się romansidło i czarny kryminał w jednym. Zakończenie ponure i bez happy endu — mówiąc krótko.

A dokładniej, odebrałem to tak: Rzecz dzieje się grubo przed I wojną światową (sądząc po ciuchach aktorów) — u makaroniarzy. Romeo Monteki, dziany koleś i dziedzic rodzinnej firmy dostaje fioła na punkcie Julii Kapuleti — nie brzydkiej — panienki na wydaniu z rodziny o dochodach również powyżej średniej krajowej. Obie familie żrą się serdecznie i podkładają sobie świnie, gdzie tylko mogą. Układ jest niezręczny, bo młodzi faktycznie czują do siebie miętę, co okazują myślą, mową i częstymi uczynkami.

Od westchnień zakochanej parki może zemdlić, ale takie to były czasy. Nie bacząc na nienawiść między zgredami, Romeo i Julia chajtają się potajemnie. Ślubu udzielił im ludzki klecha ojciec Laurenty, facio, który odegra jeszcze swoją rolę w dalszej części dramatu.

Tymczasem, podczas bójki pod jakąś knajpą w Weronie, ginie kumpel Romea — Merkucjo, dostając parę razy kosą pod pachę i w podbrzusze od kuzyna Julki — Tybalta. Romeo, na wieść o tym, wkurwia się maksymalnie i honorowo ukatrupią zabójcę. Staje za to przed kolegium do spraw wykroczeń, ale wyrok dostaje łagodny — wygnanie z Werony i musi opuścić niedopieszczoną Julkę.

Stary Kapuleti wymyślił zaś sobie, że wyda Julkę za mąż za krewniaka księcia z Werony — Parysa. Dziewczyna dostaje świra, bo jest już przecież zamężna z Romkiem. I tu, do gry, znów wchodzi klecha Laurenty. Daje Julce flaszeczkę mun-szchajnu własnej roboty, aby łyknęła go sobie przed ślubem z Parysem, to padnie bez czucia i będzie wyglądać jak regularny trupek — ale tylko przez 40 godzin.

Julcia czyni to — strzela sobie setę pod rękaw i odwala kitę. Nieutuloną w żalu familia — wraz z Parysem — składa ją do przytulnego, rodzinnego grobowca na cmentarzu miejskim.

Niejasnym zbiegiem okoliczności o śmierci Julki dowiaduje się Romek, do którego nie zdążył dotrzeć goniec od Laurentego z wiadomością, że to wszystko lipa i że może sobie zabrać schłodzoną, ale żywą małżonkę z katafalku. Chłopak szaleje z rozpaczy, mimo wyroku wygnania wraca do miasta. Wpada na cmentarz i dostaje się do grobowca Kapuletich, gdzie znajduje Julkę bez życia. Rozum mu się miesza, wyciąga „Wino Gromowe" i truje się ze skutkiem śmiertelnym.

Za niedługo budzi się Julka. Spostrzega sztywnego już Romka, więc niewiele myśląc wykonuje zręczne harakiri kozikiem Romka i pada rzetelnym trupem na zwłoki małżonka. W takich pozycjach znajdują ich zgredy, którzy teraz dopiero godzą się i wchodzą w spółkę „Joint Venture" z ograniczoną odpowiedzialnością.

Romeo i Julia — scena finałowa w grobowcu Kapuletich

Po tej uczcie duchowej Rzegotka spłakana — ja letko szurnięty (whisky) — poszliśmy spać.

*   *   *

Jak już jesteśmy w zaświatach to cdn.

Piekła nie ma

Nie LĘKAJCIE się!

Nie jestem fanatykiem. Czegoś czego nie można zobaczyć czy dotknąć — NIE MA! — Ale, przydarzyło mi się onegdaj coś, co zapamiętam do końca mych dni na tym ziemskim padole.

A było tak: Oglądaliśmy u znajomych, późnym wieczorkiem, zakrapianym ździebko film „Ghost”.

Po wizualnej degustacji — zataczając się z lekka — podreptaliśmy do domu. Koleżanka przekonała mnie, że do jej sypialni na pewno dojdziemy o własnych siłach by zlec i oddać się w objęcia Morfeusza. Ba, zlec to myśmy i zlegli, ale gdy dotykają cię zgrabne pośladki w podbrzusze — zaśniesz? Za cholerę się nie da... Nie będę się zagłębiał w temacie pośladków, bo ważne było to, co się stało później. Jakaś żyłka w mózgu, czy serce wymęczone gorzałą nie wytrzymało dotyku, bo cuś we mnie pękło — nawet trzasło! Pognałem jak spłoszony jeleń przed siebie, słynnym już tunelem w stronę światełka. Światełko jak światełko — takie tęczowe, zmieniające się było i dość silne. Gnałem w jego stronę szybciej niż moim truckiem po highway'u 401.

Światełko szybko zaczęło się powiększać, po chwili zobaczyłem wielki neon z napisem „Raj" i wyleciałem z tunelu. Anioł dyżurny skierował mnie do recepcji. W Recepcji zobaczyłem masę ludzi stojących w kolejkach do lady — jak na lotniskowym terminalu. Ustawili mnie w rządku krótszym, za przemiłą grupką niemieckich dzieciaków — jak się okazało później, ofiar jakiegoś przygłupa-pilota, który umyślnie rozbił samolot we francuskich Alpach, bo miał oślepnąć. W tej dłuższej obok naszej stało ponad dwustu postrzelanych w Paryżu przez dżihadystów.

Za moją ladą siedział gruby facet na wysokim stołku ze złotymi lokami nad szerokim czołem, białymi skrzydłami i aureolą nad łbem — cherubin taki. Gdy nadeszła moja kolej, spytał:

— Nazwisko?
— L., Edward L.
— Miejsce zamieszkania na Ziemi?
— Canada. Oakville dokładnie.
— Co wy tak Polak do Kanady umierać jeździcie, a potem burdel w papierach...

Zimny pot mnie oblał. Więc jednak umarłem. To nie sen. Zrobiłem sobie szybciuteńki rachunek sumienia w myślach. Ja pie..., dożywocie w piekle jak amen w pacierzu. Zrobiłem najżałośniejszą minę na jaką mogłem się zdobyć i cicho spytałem — Piekło?

— Dupa tam, nie piekło. Piekła nie ma, jest tylko Niebo. Piekło jest na Ziemi, tu jest tzw. Raj. Czy się komuś podoba, czy nie — to już jego osobista sprawa. Udacie się teraz — jako Dusza z Polski — przed Bramę #27, tam was skierują do sektora Polonijnego — no, Szczęść Boże!

Obróciłem się na pięcie i idę do owego korytarza. Zatrzymał mnie krzyk Cherubina z recepcji:

— Halo, obywatelu! Wróćcie tu na sekundkę. Zapomniałem wam wydać Aureolę i skrzydła — macie, pokwitujcie. A tu macie instrukcję jak skrzydła zakładać. Aureoli nie zgubcie bo następna wam będzie za wiek wydana po minięciu gwarancji. No, żegnam.

Długo się ze skrzydłami męczyłem, krzywo leżały. Aureola w miarę prosto wisiała nad baniakiem. Rozglądałem się dookoła. Od zarypania dusz. Koło mnie grupka niemieckich dusz też sobie nie mogła poradzić ze skrzydłami... Polazłem pod wskazaną bramę. Po drodze mijałem bramy włoskie, francuskie i skandynawską — pod którą same blondi. Zacząłem żałować, że urodziłem się Polakiem. Dużo fajnych lasek tam się kotłowało.

Zobaczyłem w końcu i moją bramę #27. Chyba fajnie tu jest — siedzą goście na ławkach, przy stolikach, papierochy jarają. Podszedłem do jednego. Poczęstował. Okazało się, że to Góral z Jackowa. Zabili go woźnice fasiągów gdy będąc na wakacjach u rodziny w Zakopanem próbował ze szwagrem podbierać innym woźnicom turystów na jazdę nad Czarny Staw pod Rysami. Przyszedł tu kilka godzin przede mną.

— A fajki rozdaje dyżurny anioł pod bramą — powiedział. Wpuszczą nas do środka za kilka godzin, bo jakaś inspekcja, inwentaryzacja w środku czy coś?

Zebrała nas się już spora grupka. Staliśmy, siedzieli i gaworzyliśmy jak tu który trafił. Ze mnie lali najbardziej jak się przyznałem co było powodem, że tu się znalazłem. Ładny obciach. Było czterech marynarzy z holownika „Zeus" który się spalił w porcie Solvesborg. Jeden zatłuczony przez żonę sadystkę z Dublina, 4 ofiary wypadku pod Limerick, piątka topielców-wędkarzy z jeziora Lough Ree co kłusowała pod Lanesborough — wszyscy z Irlandii. Niezła ekipa. Wszyscy na bani tu przyszli.

Okazało się, że można prosić w Kadrach o zmianę wieku. Np. jak ktoś wykitował mając 90 lat, to tu może mieć 20, 30. Od nowa laseczki rwać — których tu więcej niż na ziemi.

Góralowi fajki się skończyły, więc teraz ja poszedłem do anioła. Stał pod bramą. Mały, chudy, taki wypłosz. Klepnąłem go w łopatkę i mówię: — Kopsnij kolego paczuszkę, bo nam się dymić chce. Wyciągnął karton Malborasów i dorzucił zapalniczkę „Bic". Uśmiechnął się do mnie, pokazując żółte od dymu zęby.

Wróciłem do moich nowych znajomych i zapaliliśmy po całym. — Piwka bym się napił — powiedział Góral. Jeden, który już tu był jakiś czas temu (reanimacja się udała) powiedział, że piwko będzie ale dopiero w środku. Bo tu jest strefa bezalkoholowa i nie wolno trunkować. Przyszły jakieś dziewczyny dyżurne anielice i zaczęły nam skrzydła regulaminowo poprawiać. U mnie było w sumie ok. Aureola mi błyszczała jak psie jaja na mrozie — tylko nie mogłem się przyzwyczaić do tej sukienki, w której miałem łazić. Kieszenie są, to łapska jest gdzie wsadzić, ale taka długa, pląta się między nogami.

Otworzyli w końcu bramę. Zaczęliśmy się przepychać z Góralem. Chcieliśmy żeby nas nie rozdzielali. Przypadliśmy sobie do gustu. Jednak w Administracji skierowano mnie do bloku Ontario, piętro 349, pokój 2189 w skrzydle C. Miałem mieszkać z niejakim Marianem F., zmarłym w 1937 roku. Lat 89, aktualnie 35. Paskudnie — Gienek (ten Góral) poszedł do Blockhausu Żywiec, to kilka godzin na piechotę od mojego. Obiecałem mu, że po aklimatyzacji, za jakiś czas, się zobaczymy.

Potem kazano mi iść do magazynu po pościel, zapasowe suknie i Skrzydła Galowe na święta i specjalne okazje. Kurde, jak w wojsku... Magazynierem był Żyd rozstrzelany przez Hitlerowców w łapance w Łodzi w 42. Ledwie mi wydał pościel, już wiedziałem, że załatwić u niego mogę wszystko. Aureolę — jak zgubię lub przepiję — skrzydła, wygodniejsze suknie. Nawet tu kombinują. Z tobołem pojechałem windą na moje piętro — dużo wiary tu łazi. Niektórzy mają skrzydła poodpinane, inni Aureole za paskiem. Luzik.

Dość długo szukałem mojego skrzydła C i pokoju. Dobrze, że były tzw. szybkie chodniki, bo łaziłbym chyba całą wieczność. Marian F. okazał się szczupłym, dość przystojnym facetem z wąsami i wygoloną na łyso pałą. Uściskał mnie jak starego znajomego i wyciągnął z lodówki dwa zimne „Żywce". Wpierw rozłożyłem swoje klamoty. Pościel na kojo i chwyciłem zimniutkie piwko. Zajaraliśmy po całym i Marian zaczął mnie wtajemniczać w Życie Niebiańskie.

— Widzisz stary. Tu jest faktyczny Raj, niczym się nie przejmujesz, głodny nie chodzisz, alkohol w lodówce, fajek pod dostatkiem, dziewuchy latają jak łanie. Nie chorujesz, nie umrzesz na nic bo już nie żyjesz. Zajebiście jest. Raz do roku tylko się wszyscy spotykają bo Główny przemawia i trochę to trwa, zanim we wszystkich językach pobłogosławi. A tak to robisz co chcesz. Chcesz pracować? Idziesz do roboty. Chcesz leżeć i chlać cały dzień? Leżysz i chlejesz. Panienki lecą na chłopów — zwłaszcza zakonnice, wpierw celibat na ziemi to tu się sypią jak choinka po trzech królach. Jak chcesz się napić w towarzystwie, to co 10 pięter jest knajpa, wszystko za darmo, podchodzisz i bierzesz. Szwedzki stół. My mamy blisko, bo schodami przeskoczysz piętro do góry i na wprost schodów masz knajpę. Mordownia straszna, leją się często. Dwa lata temu Mickiewiczowi tam nakładli tęgo za matkę Żydówkę, Chopin kuflem zarobił, a pijanemu Wyspiańskiemu Aureolę i skrzydła połamali. Na aureolę trzeba uważać — stracisz, to masz przesrane. Do raportu idziesz.

W każdą niedzielę są organizowane wycieczki do innych Niebios — polecam Indonezję i Japonię, najlepsze panienki, lecą na Słowian jak cholera. HIV-a nie złapiesz, więc stukasz na całego. Nie polecam wyjazdów do Niebios Arabskich — tacy sami porąbani jak na ziemi, tu też mają Hamas i Hezbollah, złapią cię, skrzydła z aureolą połamią, a wtedy raport. Dużo tu znanych postaci możesz poznać. Od 45. prawdziwym gwiazdorstwem, za zapełnieniem świeżą krwią Raju, cieszył się Hitler. Potem, w 77. przyszedł Presley — fani korytarz amerykański zablokowali. Kilkaset milionów po autograf poleciało. Porąbani.

Rozrywek też mamy pełno. W tv lecą wszystkie kanały ziemskie, nawet te XXX. W Wypożyczalni masz wszystkie filmy jakie na ziemi nakręcono. Sport też jest tutaj szalenie popularny. Co 4 lata są Mistrzostwa Raju w piłce nożnej. Najlepsi byli Brazylijczycy do 68. Potem w wypadku zginęła ekipa Manchesteru Utd. — Anglicy mieli Mistrza przez 20 lat. W 88. piorun zabił na boisku 8 Zairczyków i Zair był potęgą niebiańską. Polacy też grają dobrze. Wpierw nas lali jak cholera wszyscy, ale odkąd doszedł Deyna to ćwierćfinały mamy na każdej imprezie. Mecz Polski z Anglią oglądały 3 mld. ludzi na stadionie, a przed telewizorami cały Raj. Przegraliśmy w karnych — Deyna na „jedenestki” nie strzelił.

Żarcie masz o każdej porze. Otwierasz lodówkę i zawsze jest pełna. Kible czyściutkie, prysznice też. Przyzwyczaisz się. No, ja idę na karty do sektora D. Wrócę wieczorem, drzwi się nie zamyka.

Marian polazł. Myślenie nie jest moją mocną stroną. Co robić? Idę się rozglądnąć po sektorze. Pójdę do knajpy, może jakieś atrakcje będą... Czas się przyzwyczajać. Inaczej nie będzie. Może niedługo jakaś koleżanka za mną zatęskni i ze smutku dołączy? Fajnie by było...

Zapisałem sobie na dłoni nr pokoju, żeby się nie zgubić i polazłem schodami do knajpy. Idąc po schodach co chwila spotykałem zawianych aniołów — znak, że dobrze idę. Wreszcie mym oczom ukazała się knajpa. No, to jest knajpa! Wielkość Maracany, stoliki 2, 4, 6 i 8-osobowe, bar cały ze złota. Niecierpliwie przyspieszyłem kroku, wyminąłem zgrabnie grupkę narąbanych aniołów śpiewających: „Niech żyje nam rezerwa" i już byłem przed ladą.

Barmanem był ogromny — niczym Gołota — z wielkimi wąsami, z niebieską aureolą i tego koloru skrzydłami. Dojrzałem miejsce z którego mógłbym obserwować całą salę. Siadłem przy stoliku oznaczonym 210. Koło mnie toczyła się zażarta dyskusja między kilkoma aniołami:

— „Ty dupa jesteś nie Janosik!" — grzmiał jeden anioł.
— „Ja nie jestem Janosik?! Ty palancie. Jak ja ludzi prałem pod Ojcowem, to ty jeszcze w worze u starego hulałeś."

Okazało się, że Janosik faktycznie żył. Poczułem, że muszę przewinąć malucha, więc poszedłem do toalety. Pod drzwiami spał jakiś siwy anioł, bez aureoli — pewnie mu zwinęli. Trąciłem go nogą w biodro i mówię: — Dziadziuś wstawaj, bo ci bachora podrzucą. Mruknął coś, obrócił się na drugi bok. Twarz jakaś znajoma mi się wydała. Ale nie kojarzyłem skąd go mogę znać?

W kiblu było rzeczywiście czysto — tylko ściany zapisane. Nad moim pisuarem widniał napis: „Poniatowski pedał Polskę Katarynie sprzedał".

Jak wróciłem do stolika to Janosik już spał oparty na stole, a jego kompan wylatywał właśnie z knajpy. Wpierw on, potem skrzydła. Powiedziałem barmanowi, że jakiś dziadek śpi w kiblu. Można by go przenieść bo drzwi tarasuje. Barman machnął ręką. — To Gomułka, pije już tak od 20 lat jak go Zośka z Sobieskim zostawiła. Aureolę zostawia w barze i chleje.

Wziąłem jeszcze raz to samo i oglądałem aniołów. Przeważnie młode chłopaki, skrzydła u niektórych żółte od dymu. Cwaniacko aureole na bakier zsunięte. Kufle w łapach i deliberują zażarcie o czymś, zamaszyście gestykulując. Zastanawiałem się czy swoich nie poszukać — zdecydowałem, że jeszcze nie czas. Może później.

W drodze do pokoju wyrwałem fajną anielicę. Marzena jej było. Zmarła dwa lata temu na raka piersi. Śliczna dziewucha — umówiliśmy się na wieczór w knajpie. Spać mi się chciało. Tyle emocji...

Obudziło mnie szarpanie i krzyk Mariana, bladego jak prześcieradło: — Wstawaj kurwa! Coś ty narobił! Wstawaj! — chłopie, coś ty wykręcił?! Wrzeszczał nade mną. Nie wiedziałem o co mu chodzi. Okazało się, że szukają mnie od godziny całe Rajskie Służby Specjalne. Były w naszym pokoju ale byłem wówczas w knajpie. Mają mnie doprowadzić do Głównego. Przeraziłem się. Kurde! Za co? Za kopnięcie Gomułki?... A może za wyrwanie laski jakiejś szychy niebiańskiej? Nie wiedziałem czy wiać do Hamasu, czy poddać się?

Po chwili było za późno — kilku blondynów wpadło do pokoju i pod pachy wyprowadzili mnie. Całą drogę nic nie mówili. Wszystkie Anioły się za nami oglądały i coś szeptały, wskazując mnie palcami. Pewnie myśleli, że do Raportu idę.

Po kilkunastu minutach lotu helikopterem Służb Specjalnych dotarliśmy pod gmach z napisem: DYREKCJA. Wprowadzono mnie przez złote drzwi — jak u Putina — do obszernego gabinetu. Za olbrzymim biurkiem siedział mały chłop z bokserskim nosem i grzywką ulizaną na lewy bok. Nad łbem miał purpurową aureolę, a skrzydła błękitne. Ładnie to kolorystycznie wyglądało.

Wskazał mi fotel, uśmiechnął się i poczęstował kubańskim cygarem „Cohiba". Potem, patrząc na mnie, powiedział do mikrofonu: — Pani Halinko, wprowadzić strażnika Rafała W. Wlazł młody, przestraszony anioł. Nerwowo ugniatał palce i przestępował z nogi na nogę.

— No i co strażniku Rafale... Popiło się na służbie — co?! — zagrzmiał Główny.
— Ale... ja...
— Jakie, kurna, ja... Jakie ja? Opiliście się i nie tego sprowadziliście co trzeba. Chłopak miał jeszcze długo żyć, a wy mi i jemu taki kawał wycinacie?! Chałupy żeście pomylili. Edward miał żyć, a obok już tydzień jego sąsiad staruszek na niewydolność układu krążenia umierał. I dalej umiera! Zdegraduję was!

Ja sobie cygarko jarałem puszczając kółka i zacząłem co nie co kapować. Rafał się opił i pomyliło mu się — tak to kurka jest jak się nie sypia w swojej chałupie — pomyślałem. Może mnie cofną na ziemię...

— I co my z panem panie Edku zrobimy? — popatrzył na mnie po ojcowsku Główny. — Musimy pana cofnąć — chyba, że chce pan zostać...

O w mordę, nie wiedziałem. Zostawać czy iść na zad na ziemię. Tu jest chyba fajnie, może za niedługo sąsiadki z sąsiadami z ulicy dołączą. Laski są świetne... Ale na ziemi... kolesie, łódką za rybami... Sąsiadka Rina tak świetnie gotuje...

— Wracam! I tak tu trafię z powrotem, więc nic nie tracę — powiedziałem Głównemu.

Główny odetchnął z ulgą. Musieliby dziadka uzdrawiać, żeby przeżył moje życie, a plan cudów już ponoć wykonali na ten kwartał. Pożegnałem się z Głównym, Rafałowi dałem z liścia. Wziąłem pudełko „Cohiba" pod pachę i odprowadzono mnie do recepcji. Cherubin jak mnie zobaczył, to mu szuflada opadła. Wszystkie Anioły na mnie z zazdrością patrzyły jak mnie wrzucają do rury, obok tunelu z którego wylatują co chwila kolejne dusze.

Błysło, hukło i znalazłem się znów w mojej cielesnej powłoce — spocony, ciężko oddychając leżałem na koleżance tak samo spoconej i dyszącej.

— Wiesz? Ale miałem odlot...
— Oh Good! Jaki ja miałam:
Jaki ja miałam odlot:
Noc burzliwa i pochmurna
na cmentarzu ciemny grób
w ciemnym grobie ciężka trumna
z dębu trumna
w ciężkiej trumnie leży trup
Rozdział XIVSpis treściRozdział XVI
Original text
Rate this translation
Your feedback will be used to help improve Google Translate