Moje zachowania względem mojej pracy nie odbiegały od średniej. Wypadków, kraks na drogach były i są tysiące każdego dnia. Jedne nic nie znaczące stłuczki, inne nogami do przodu, a jeszcze inne bywają takie, że po ofierze znajdują kilka kości, nawet z wykryciem do kogo należały są kłopoty. Gdybym to wszystko brał pod uwagę siedziałbym w szafie, w piwnicy i jeszcze miałbym parasol z calowej blachy nad głową — ale, że to wszystko miałem jako tako opanowane, a pracę swoją lubiłem, wykonywałem ją jak najlepiej potrafiłem.

Volvo VN780 — na drodze między San Diego a Dallas
Kilkanaście lat temu jechałem z San Diego do Dallas doładować 3/4 naczepy. Łatwo, lekko i przyjemnie. Na dziesiątce, po minięciu Yumy robi się bardzo żółto jak w Vancouver (co czwarty biały) i pusto jak w mięsnym za komuny, nie ma na czym oka powiesić, jedynie niedźwiedzie (The U.S. Immigration and Customs Enforcement) węszą za Meksykami idącymi uparcie na saxy do Usiech. Puszczasz wówczas muzykę, dłubiesz w nosie i pchasz się do celu — Zuckerbergów (Facebook & Twitter) i Musków — wówczas jeszcze nie było.
Pomiędzy Tucson a El Paso, joggując po kanałach CB złapałem słabe gdakanie Słowian znad Wisły, postawiłem słuchy — ja! — Polaki! — jadą też „dychą" w tę samą stronę co ja — na wschód. Byli około 20 mil z przodu więc strzeliłem z bata by po pół godzinie ujrzeć, na widnokręgu połyskujący chromem zad cysterny Polaków, i drugą dwie mile z przodu. Zaczęliśmy nawijkę, jak to bywa w takich przypadkach na odludziu. Z psem by człowiek gawędził, a co dopiero z ziomkiem.
Rozmawiając, dowiedziałem się, że są z Frisco, jadą do Houston do portu z jakimś inflammabile tatałajstwem. Skończyły mi się płyny do płukania wnętrza więc im mówię, że ich śmignę i zrobię zaopatrzenie w co trzeba. Później dokończymy tematy, bo chciałem we „Wspólnocie Polskiej" pociągnąć do Kant — nie mylić! — jest taka miejscowość w Texasie. Za nią, jadąc na północny wschód — w moim wypadku — do Dallas wskakujesz na „dwie dychy". Czaisz?

Volvo VN770 — salon na kółkach: łóżko, stolik, lodówka
Wyprzedzając ich, pograliśmy sobie na trąbkach machając gałęziami. Oni byli zaopatrzeni, nie mieli zamiaru zatrzymywać się aż u celu, bo poganiał ich termin rozładunku. Było to przed Deming, minąłem je, pognałem dalej pamiętając o ładnej pompie z zapleczem w miasteczku o znajomej mi nazwie jeszcze z Francji: Cambray.
Chociaż świat wydaje się wielki, tak nie jest. Czasami ludzie spotykają się wcale na to nie licząc — po prostu los, przeznaczenie kieruje naszym zachowaniem, naszymi ruchami w gównie jakim jest życie. Czasami, chcąc kogoś spotkać — planujesz, umawiasz się i... kicha nie wydało, dziwne prawda? No, chyba że idziesz do swej babci, która żyje obok, z kwiatami w dniu jej urodzin, trafienie pewne — chociaż też możesz idąc... złamać nogę i... wiadomo.
Zjechałem na pompę, złożyłem wizytę w „Królestwie Ciszy", gdzie chwilę rozmyślałem nad dziejami świata. Kupiłem napoje, inne wiktuały, po czym do furki. W CB usłyszałem znajome głosy. Zapytałem czy już minęli Cambray? Nie! Za chwilę.
Lubiłem „wozić się na kole" — od tego czasu już nie. Dlaczego? Gdybym ruszył przed nimi, gadalibyśmy nadal do czasu aż by zamilkli. Pomyślałbym... że stanęli albo „kabel się urwał", pognałbym swoją drogą. Czekając na nich zmieniłem swój jeden z nawyków — na zawsze.
Była godz. 8 P.M., słońce ostro po oczach dawało jak to ustalone miliardy lat temu — z zachodu. Kolesi już widzę w oddali jak się zbliżają do parkingu, na którym stałem (południowa strona). Gdy już mnie minęli, inny kierowca jadący naprzeciw — też (możliwe) poczuł potrzebę zwilżenia wnętrza. Nie wiem i nikt się nie dowie co go skłoniło do zjazdu na parking. Wycelował to spotkanie dokładnie.
Z dwu trucków + ładunki nie zostało kawałka prostego elementu.

Volvo VN770 — kokpit: kierownica, laptop, CB radio
Odjeżdżając z Cambray zostawiłem dopalające się resztki aut i... marzenia, troski, radości — słowem, mienione życie kierowców. Nie zapomniałem nazwy tego miasteczka i nie zapomnę, ale również nie rzucę swego zajęcia, które lubiłem i myślę, że dobrze je wykonywałem.
Nie wierzę w żadne prowadzące anioły, św. Krzysztofów — chociaż mam do dziś jego medalik, który dostałem kiedyś na pl. św. Marka w Wenecji od pewnej zakonnej siostry. Wierzę w siebie, w swoją intuicję, doświadczenie i liczę tylko na siebie. To pozwalało mi wejść do kabiny i jechać.