Kanada — mój nowy domXIII
Teheran nocą — wieża Milad i księżyc
Kanada — mój nowy dom · Rozdział XIII

Rozmyślania pod prysznicem

Żyję, więc słyszę, widzę i czuję

Nie ma chwili, ażeby na świecie nie toczyły się jakieś wojny. Ludzie walczą o wolność, o terytorium, o religię. Ci ostatni — przede wszystkim o destabilizację świata. W swoim bezmyślnym zacietrzewieniu nie myślą o tym, że bez nas, oni też nie będą mieli życia. Wersety z ich świętej księgi nie nakarmią ich ani ropą nie napoją. O jednych wojnach jest głośniej, o innych mniej. Ich ważkość, ich ciężar gatunkowy nadają mess-media. One decydują o czym będą donosić a o czym nie. One urabiają opinię. One wtłaczają zdoktrynizowane wypowiedzi w puste łby swoich czytelników czy widzów.

Netanyahu z gołębicą pokoju w hełmie

W tej chwili tematem dyżurnym jest potwornie trudna wojna dwuch — zagrożonych pierdlem z terrorysto-bandytami mułłami. A głośna i pyskata prasa nie mówi i nie pokazuje prawdy jaką zna większość, nie podaje faktów — dlaczego? Ta prawdziwa napomyka o jakiejś tam aferze i przyznaje niechętnie, że zginęło ileś tam żołnierzy amerykańskich. Nikt nie chce głośno przyznać, że cyfra poległych będzie tylko rosła. Kwiat narodu ginie nie za naszą a waszą wolność. Wracają do domu w workach. Owszem, pośmiertnie zostają noszeni, odznaczeni, chwaleni. Ale jakaś matka, żona, dzieci i rodzina już nigdy nie ucałują ciepłego syna, męża, brata, ojca.

A monkey with a razor

Opinia publiczna dotąd była podzielona na dwa względnie równe obozy. Obecnie obóz pro-wojenny kurczy się gwałtownie. Inteligencja zrozumiała, że jest to walka z morderczymi wiatrakami. Pojęła, że „wróg" wypłaca odsetki za prawie tysiąc lat wojen krzyżowych. W jego przekonaniu one się nigdy nie skończyły. Zmęczony Zachód powoli przechodzi transformację i pomału tu i ówdzie zaczyna się skandowanie sloganów.

Młodzi Amerykanie obawiają się nawrotu przymusowego poboru do wojska. Coraz mniej popularne wojsko skarży się na brak ochotników — wcale się nie dziwię. Tylko patrzeć jak rozpocznie się akcja powoływania rezerwistów do służby czynnej. Niestawienie się grozi aresztem. Musi być bardzo krucho. Coraz częściej podnoszą się głosy protestu i pada zatroskane pytanie: i co dalej? Kiedy to się skończy? Czy wygrana jest w ogóle możliwa? A ceny na gas station coraz wyższe.

Giną ludzie, bo terrorysta nie myśli. Móżdżek ma dokumentnie wyprany. Wszyscy teraz zadają sobie pytanie: kto będzie następny? Nie ma dnia ażebym w jakiejś intergazecie nie znalazł apokaliptycznych przepowiedni któregoś z samozwańczych wróżbitów. Właściwie wypocin handlarzy kasandrycznym pesymizmem. Aby podnieść ważkość swoich wypowiedzi, często opierają się i szafują hojną ręką rzekome wypowiedzi Nostradamusa.

Teheran 1982 — PEKAES Auto-Trans Warszawa na ulicach Teheranu

Handlarze skrajną histerią uparcie serwują twierdzenie, że Nostradamus przewidział Napoleona, Hitlera, dwie wojny światowe. Że przepowiedział zabójstwo Kennedy'ego, jego brata Roberta i Luthera Kinga. Że opisał szczegółowo atak na Nowy Jork w 2001 r., że ostrzegał przed wojną w Afganistanie, Iraku i aktualną. Nie rozumiem tylko dlaczego, skoro tak uparcie koncentrował się na USA (kraju, który za jego czasów w ogóle nie istniał... Ba, wróżba) nie wspomniał także o innych amerykańskich wojnach: tej z 1812 r., meksykańskiej, o wojnie domowej (Civil War), o Korei i o Wietnamie — wizji mu zabrakło?

Jak się to wszystko skończy — za ile, tego nie wiem. Nikt nie wie. Jak dzisiaj pamiętam, co prasa donosiła po 11-tym września. Pod bajecznie kolorową fotografią dumnie królujących nad panoramą Nowego Jorku drapaczy chmur „World Trade Center", widniał taki czterowiersz (z zapisków Nostradamusa?):

In the City of God there will be a great thunder.
Two brothers torn apart by Chaos
While the fortress endures, the great leader will succumb.
The third big war will begin when the big city is burning.

Zakładam, że ci, którzy te banialuki rozpowszechniali chcieli powiedzieć, że dwaj bracia to oba budynki WTC, forteca to Pentagon, wielki wódz to George W. Bush, wielkie miasto to Nowy Jork. Mowa!

I wszystko byłoby cacy, gdyby nie jeden drobny fakt. A mianowicie, że do napisania tej akurat enigmatycznej wróżby, to akurat nie wielki Nostradamus swoje gęsie pióro w kałamarzu moczył. Napisał ją bowiem (na komputerze — jak prozaicznie!) i to na długo przed nowojorską tragedią, niejaki Neil Marshall, wówczas student Brock University w St. Catharines, Ontario. Studiujący literaturę Marshall, na jednym z egzaminów dostał zadanie napisać esej a la Nostradamus. Miał udowodnić na kilku przykładach, jak można rozmaicie interpretować te same słowa, kiedy podstawą są mgliste, nieokreślone, oderwane zdania.

Autor, w swym wypracowaniu, na podstawie tego czterowiersza zaprezentował cztery różne „wróżby" — każda z nich czyniła nawet jakiś sens. Marshall, w późniejszych wywiadach prasowych stale podkreślał, że nie ma zielonego pojęcia, kto i kiedy podprowadził jego wypracowanie, skąd znalazło się w prasie i na dodatek, kto podmienił jego czwartą (w oryginale zupełnie nieszkodliwą) ostatnią linijkę na hiobową wieść o trzeciej światowej.

To co pisał Nostradamus było świetne. Genialne! Szkoda że nie bardziej rozpowszechnione; że nie wszyscy pojmują jak łatwo można naiwnym zrobić wodę z mózgu. Natomiast na pamięć znają jego wypowiedzi wszyscy szarlatani, którzy powołując się na jego autorytet naginają słowa i zdania do potrzeby chwili. Żonglując jego nazwiskiem, bez sumienia nie tylko straszą ludzi, ale publikując własne interpretacje owych „wróżb", zbijają na tym niezły szmal.

Nostradamus (łacińskie tłumaczenie francuskiego nazwiska) Michel de Nostre-Dame (1503–1566), lekarz przyboczny Karola IX, walczył z dżumą. Stracił wtedy pierwszą żonę i troje dzieci. To nie Lister (trzy wieki później) a właśnie Nostradamus opanował epidemię tej śmiertelnej choroby stosując higienę i antyseptykę. Był też astrologiem, autorem kalendarzy i owych przepowiedni. Nostradamus był niezaprzeczalnym geniuszem! — Nie, nie w pisaniu wróżb. Tylko w ich fenomenalnym formułowaniu! Usiłując je rozszyfrować, wypalono tysiące ton świec, biednym gęsiom wyrwano miliony piór z kuprów, zapisano tysiące bel papieru, zużyto tyleż litrów inkaustu. I co? I chuj! Bo do dzisiaj nikt nie jest mądrzejszy, nikt nie potrafi bezwzględnie wytłumaczyć co autor miał na myśli konfabulując na ten czy inny temat.

Wyznawcy jego rzekomo nadprzyrodzonych zdolności jasnowidzenia — między liniami będą z uporem maniaka przeprowadzać paralele, doszukiwać się analogii i odpowiedzi na każdy możliwy temat. W rzeczywistości znajdą tylko swoje własne myśli.

Nostradamus pewnie nieźle się bawił. Nie sądzę ażeby wzorował się na Pytii, w starożytnej Grecji wieszczce i kapłance Apollona. Ta facetka przynajmniej na nic nie musiała się wysilać. W ogóle nie musiała myśleć! Po co? Zawsze na niewąskim gazie, odurzona wyziewami (przypuszczalnie metanu) uchodzącego ze szczeliny skalnej, nad którą zbudowano jej ołtarz. Pytia nieprzytomnie mamrotała swoje zagmatwane „wyrocznie". W formie nieskładnych, oderwanych zdań. Stąd jej rzekome wróżby nacechowane były wieloznacznością i niejasnością, a etatowy kapłan z miejsca, na poczekaniu układał te banialuki w zręczną poezję. W formie heksametru, bo tak było ładniej. A to, że nikt tego nie rozumiał — to i lepiej. Tłum tam obecny był od słuchania a nie od rozumienia.

O tak! Ja też tak potrafię. Wszyscy potrafimy. Tylko po polsku nazywa się to bardziej swojsko i dużo bardziej uczciwie: „na dwoje babcia wróżyła".

A co? A Polacy nie mieli Wernyhory? I jego równie apokaliptycznej przepowiedni o zbudzeniu żółtego smoka (wspominam babcię Antosię, która mawiała, że „przyjdą takie czasy kiedy żółta rasa będzie poić konie w Wiśle"), który zaleje świat? No i proszę. Sprawdziło się! Żółtki wcale nie spały i dokumentnie nas zalały. Doskonałymi samochodami i elektroniką (Japonia), tanimi ciuchami (Chiny) i milionem innych bajerów (Tajwan i Korea). A przy sposobności w ciągu 20 lat, cichuteńko, zafundowały nam dwadzieścia procent obywateli Kanady.

Polacy też mogliby się pochwalić przed światem tym cudownym jasnowidzem, gdyby nie pewien żenujący szczegół: Wernyhora nie istniał! Jest fikcyjną, legendarną postacią ukraińskiego folkloru, powstałą około 1800 r. Postacią usankcjonowaną przez Polaków tym, że zajęli się nią Słowacki, Wyspiański i Matejko. Oczywiście uparci badacze usiłowali, w ciągu bez mała dwóch wieków, wmówić ten garb na polskie plecy — że była to postać prawdziwa. Autentyczna. Ba, historyczna nawet. Postać nawiedzonego kozaka-lirnika, który po Barskiej Konfederacji wyśpiewywał przepowiednie — acz przyznają niechętnie, że tylko o losach Polski. Więc skąd u niego te kitajce?!

Jak wszyscy mieszkańcy tego globu, też nie wiem co z nami będzie w tej bliższej i dalszej przyszłości. Jak się to wszystko skończy. Mogę najwyżej pobawić się trochę i przez chwilę robić za polską Pytię. Mętnie pleść trzy po trzy i liczyć na to, że gdzieś, kiedyś, przypadkiem uda mi się w coś trafić. Mogę także pisać fraszki. Na przykład:

Nie ma dokąd uciekać. Na nic zbrojne czyny.
Nasz świat sam się wykańcza.
Przeżyją... skurwsyny...

Pospólstwo, ogólnie, ludzką tylko postawą od nierozumnych różni się zwierząt. Jest bałwochwalcze w ostatnim stopniu. Wszystko zwala na Boga, od którego nieustannie chce cudów. Oto takie są skutki bałamutnej nauki duchownych.

Nearer My God to Thee - orkiestra gra do konca

A koniec ludzkości na planecie Ziemia (bo już tak ludzkość zasrała swój dom, że planuje zasrać Marsa) przewiduję taki:

Dziób transatlantyku zanurza się coraz głębiej. Półtora tysiąca zdesperowanych ludzi, dla których zabrakło miejsca w łodziach, przesuwa się w stronę rufy.

Muzycy wdrapują się na dach sali klubowej I klasy.
Hartley stuka smyczkiem w pudło skrzypiec.
Orkiestra gra hymn:

"Nearer My God to Thee"

Jego dźwięki słychać coraz słabiej w huku pękających pod naporem wody grodzi idącego na dno statku....

Tak, może mniej drastycznie — widzę... jak utonie życie na Ziemi...
A zegar, cały czas robi to, co powinien...
Rozdział XIISpis treściRozdział XIV
Original text
Rate this translation
Your feedback will be used to help improve Google Translate