„Im mniej człowiek wie, tym łatwiej mu żyć. Wiedza daje wolność — ale też potrafi unieszczęśliwić."
Czasem wracają mi słowa starego Polonusa, którego spotkałem wkrótce po przyjeździe:
„Dla każdego, kto tu przyjeżdża, Kanada będzie tym, czym sam ją potrafisz zrobić. Złoży się na to, czym ją wypełnisz. Będzie taka, jaką ją sobie zbudujesz."
No to do roboty.
Wynająłem mieszkanie. Nostryfikowałem prawo jazdy — bo po trzech miesiącach polskie było tu tylko pamiątką z dalekiego kraju. Znalazłem pracę w Auto Service. Cztery pięćdziesiąt na godzinę: za mało, żeby żyć, za dużo, żeby umrzeć.
Po trzech miesiącach dostałem robotę w Dome Mine. Płaca: czternaście baksów na godzinę. Level 9. Dziewięćset metrów pod zielonym, kanadyjskim trawnikiem — żywcem pogrzebany.
Woziłem elektrowozem pięć wagonów, po siedem–osiem ton każdy. Kolega wyżej sypał urobek do szutu-pochylni, ja sypałem go w wózki i ciągnąłem to żelastwo z rudą złota do głównego szybu — Orpasu. Robota niby lepsza niż w Pireusie, ale dalej bez okien, firanek i kawałka nieba, które człowiekowi przypomina, po co żyje.
Najgorsze było, gdy wózek wyskoczył z szyn. Trzeba go było wstawić z powrotem archaicznym lewarem — to nie było „w kij dmuchał". Wyciskało z człowieka pot jak w saunie, ale przynajmniej kondycja nie siadała. Brzuch nie miał prawa urosnąć.
Auto kupiłem od znajomego, który przysięgał, że wszystko „zaepidiamowane", że nie wolno mi nawet maski podnieść, bo się tylko zmęczę.

Pontiac Parisienne — „Paryżanka". Silnik miała diesla jak w kombajnie Vistula, 90-litrowy zbiornik, ale skoro olej napędowy kosztował 32 centy, to pełny bak za trzydzieści dolarów był ekonomią stojącą pewnie na dwóch nogach.
Ekonomię miałem też w kuchni: jedna dniówka — dziesięć dni przeżycia. Garniec galarety z kury i kurzęcych nóżek, gotowany w garnku od księdza Costello.
Ksiądz prowadził przy kościele skład używanych rzeczy — taki lokalny Salvation Army. Stamtąd miałem łóżko, materac, pościel, garnki, zastawę, młotek, kombinerki, firanki, obrazki i słoik z papierzanym bukietem. Można było urządzić jako tako życie.

Był w Timmins sklep z mydłem i powidłem, gdzie urządzono małą kawiarenkę. Zbierała się tam stara Polonia i tacy jak ja — świeżo odarci ze złudzeń o dolarach rosnących na drzewach.
Polonusi mówili na nas: „komuniści". Pytam jednego:
— Czemu mnie tak nazywasz?
— No… bo wszyscy tak mówią. Przyjechaliście z komunistycznej Polski.
— Prosty problem jest taki — mówię — że wcześniej nie mogliśmy nigdzie wyjechać. Ja mogłem. Ale musiałbym zostawić żonę i dzieci. A tego nigdy bym nie zrobił.
Wszystkie głowy w kawiarni poszły do góry. No to im wrzuciłem: Marks z Engelsem nigdy nie napisali, jak zbudować komunizm po tym, jak robotnicy przejmą władzę. I tu właśnie sowiecki komunizm był trupem od pierwszego oddechu. Lenin i reszta nie mieli pojęcia, jak rządzić największym krajem świata. Nie wiedząc, co robić, wrócili do tego, co znali — do carskiej brutalności.
Kazio — emerytowany stolarz, powojenna emigracja, angielski jak radio BBC, inwestor giełdowy (giełdę nazywał: „Studnia") — on jeden przyznał mi rację. Reszta to była mieszanka: ludzie z przymusowych robót, kilku od Andersa, parę osób jeszcze z przedwojennej emigracji.
Później nikt już nie mówił do mnie „komunista". Może w plotach, może za plecami — kto to wie.
Trzynaście miesięcy później zobaczyłem tych, na których czekałem — na tym samym terminalu, na którym ja wysiadłem z samolotu. Dwadzieścia siedem miesięcy rozłąki. Uroda się nie zmieniła, ale reszta — jak po kapitalnym remoncie. Musieliśmy się jakiś czas „docierać" — zmieniając często olej.
Pierwsze, co żona zrobiła po wejściu do mieszkania, to wyrzuciła słoik z papierowym bukietem.
— Trzymałeś trupa w domu — powiedziała.
I miała rację. Choć, jeśli dobrze pomyśleć — ten trup to był mój pierwszy, własnoręcznie zbudowany kawałek Kanady.