Dym z zachodu
Budzi mnie swąd spalenizny. Nie taki zwykły — gryzący, ciężki, jakby powietrze miało smak popiołu.
Wiatry zachodnie przywlekły ten dym z zachodu. Od dwóch tygodni pożary szaleją w Usiech, za górami, a w radiu gadają, że spaliło się już 700 tysięcy hektarów lasów.
Siedemset tysięcy. Łatwo powiedzieć. Trudniej zobaczyć.
Natura reguluje stan posiadania... albo zaczęło się od peta, a może od kawałka szkła.
Yellowstone
Jadę wzdłuż rzeki Yellowstone. Wypływa z najstarszego parku w Stanach — widoki takie, że człowiek by stanął i patrzył, gdyby nie robota.
Za Butte mam najwyższy punkt tej trasy za sobą. Zjazd w dół. Silnik jakby to czuł, przestaje się chłodzić wentylatorem, tylko mruczy zadowoleniem. Jak kot z pełnym brzuchem.
Scyzoryk
Nagle szarpnięcie. Takie, że aż pas bezpieczeństwa werżnął się w żebra. Rzut oka w lewe lusterko... i zimno po plecach.
Scyzoryk?!
Tył naczepy idzie w lewo jakby odbił się od skały. Przód traci prędkość i ciągnie na prawą bandę. Słyszę syk jak z butli tlenowej z urwanym zaworem.
Byłem świadkiem — za ucznia — czego takiego. Przy rozładunku butli z ciężarówki upadła taka, której zawór utrącił się o krawężnik. Sunęła z szybkością pocisku po podwórzu jakieś 30 metrów, przebiła kupę koksu, betonowy płot, przeorała kawał ugoru, utkwiła dopiero w kolejowym nasypie. Więc wiem na co stać sprężone powietrze, gdy znajdzie ujście.
Koła zablokowane. Asfalt zczarniał jak przypalony chleb. Ensemble stanęło, blokując lewy pas.
Cisza. Taka po wszystkim.
Wychodzę z kabiny. Nogi z waty. Patrzę do tyłu i czuję zmarszczoną skórę na plecach. Idę wzdłuż naczepy. Zaglądam za nią. Pusto. Nikogo nie ma.
I wtedy dopiero powietrze wraca do płuc. Bo jedno wiem na pewno — mogło być gorzej. Dużo gorzej. Lepiej nawet nie myśleć jak.

Jack Knife Position — tak to wygląda
Naprawa
Ale nie ma czasu na wdzięczność dla losu. Za mną już sznur samochodów. Wskakuję do kabiny i próbuję ruszyć. Silnik ryczy jak wściekły. Ciągnik ciągnie, a coś trzyma jak kotwica. Tony żelastwa z ładunkiem za mną.
Powoli, stopa po stopie robię miejsce na sąsiednim pasie. Na asfalcie zostaje czarny ślad.
Hamulce naczepy zablokowane. Pękł przewód. Coś spod kół musiało go przeciąć — i to z impetem.
Nie gaszę silnika. Nie wciskam postojowego. Idę sprawdzić cały skład. Lewy siłownik hamulcowy, przednia oś naczepy. Gumowy przewód przecięty jak nożem. Powietrze uciekło. Sprężyna zrobiła swoje — zablokowała koło.
Przy 110 km/h naczepa postanowiła zatańczyć własny taniec.
Szczęście, że nikt nie jechał z przeciwka. Lepiej nie rozwijać tej myśli. Trzeba działać.
Moneta, czy wymiana przewodu? Wybieram wymianę, bo mam na zapasie. Piętnaście minut roboty i można jechać. Jakby nic się nie stało. A przecież stało się.
Serendipity
Każdy mężczyzna powinien w życiu:
- wychować syna,
- zbudować dom,
- posadzić drzewo,
- napisać książkę.
(Bezdzietny Platon też miał poczucie humoru.)
Pierwsze nie zawsze zależy od nas. Ale trzy kolejne — choć niełatwe — są do zrobienia.
To pisanie... wyszło trochę przypadkiem. Kolesie mówili: „pisz to co nam opowiadasz, bo szkoda żeby przepadło."
No to piszę. Łączę przyjemne z pożytecznym — robota za kółkiem, a w głowie zapis. Jak nie komuś, to sobie się przyda. A jak komuś się nie spodoba — świat się nie zawali. Nie musi czytać.
Kiedyś trafiłem na takie słowo: Serendipity. Czyli te momenty, kiedy fart łapie cię za kołnierz, chociaż wcale go nie wołałeś. Podobno z jakiejś perskiej historii o książętach, co mieli szczęście większe niż rozum.
Ja tam nie wiem, jak to było z książętami. Ale wiem jedno — coś takiego istnieje. Bo za często wychodziłem z sytuacji, które nie powinny się dobrze kończyć. Bo nie raz wracałem z tańców bez rękawów. Bywało... A tu — jakby ktoś lekko przekręcił kierownicę za mnie.
Wróbel i jastrząb
I tu pasuje jedna historia. Krótka, ale konkretna.
Siedział wróbelek na łące późną jesienią. Zimno jak cholera. Aż tu krowa… no… pomogła mu się ogrzać. Ciepło, miło — wróbel odżył i zaczął ćwierkać z radości. Usłyszał to jastrząb. Przyleciał, wyciągnął go z tego „szczęścia" — otrzepał... i zjadł.
Morały są trzy:
Nie każdy, kto na ciebie nasra, jest twoim wrogiem.
Nie każdy, kto cię z gówna wyciągnie, jest przyjacielem.
A jak już siedzisz w gównie — nie ćwierkaj.

Translate