Paryż — Wieża Eiffla
Europa · Rozdział III

L'Orgie Parisienne

Paryż — stolica świata i koniny

Europa II·Strona główna

Wracając z Moskwy, zjechałem na bazę. Poprosiłem swego dyspacza o zmianę azymutu — znudził mi się ten, który obrabiałem. Dyspacz obiecał zmienić. I tak się stało.

Paryż zawsze kojarzył mi się jako stolica świata. Będąc jeszcze chłopcem, zaczytywałem się w Tajemnicach Paryża czy Królu Żebraków. Pierwszy raz trafiłem do Paryża chłodnią załadowaną koniną z Zakładów Mięsnych z Koła — Amerykanie wybudowali i wyposażyli ten zakład za Gierka. Kilkanaście moich podróży do tego miasta przyczyniło się do spadku pogłowia koni w Polsce. Nigdy nie przypuszczałem wcześniej, że paryżanie tak bardzo lubią koninę. Cztery chłodnie z firmy w każdym tygodniu z koniną meldowały się na słynnych Les Halles:

Les Halles — kwiat nocnego nadsekwańskiego romantyzmu, który znikł bezpowrotnie.
Les Halles — kwiat nocnego nadsekwańskiego romantyzmu, który znikł bezpowrotnie.

Po których zostały tylko wspomnienia. W halach panowała atmosfera jakby wyśniona — wózki akumulatorowe jak duchy sunęły bezszelestnie. Rzeźnicy jak atleci przenosili na plecach góry mięsa. Subiekci układali tony owoców i jarzyn, dowożonych przez całą noc. Na przyległych ulicach spelunki, hotele żyjące z prostytucji, chmary panienek w bramach. Restauracyjki serwujące zupę cebulową...

Paryż Pigalle — ścisk podobny do manifestacji.
Paryż Pigalle — ścisk podobny do manifestacji.

Bywałem w Paryżu o różnych porach roku. Ulice zawsze są tam zapełnione włóczącymi się turystami. Na Pigalle ścisk podobny do manifestacji. Prawdą jest, że nigdzie na świecie nie ma tylu muzeów i spektakli.

Typowa ulica Saint-Germain-des-Prés: hotele, restauracyjki, kawiarenki zalegające teren, galerie sztuki, targi uliczne jak na odpuście. Na straganach rozłożone owoce, warzywa, wędliny, sery. Od wczesnego rana można sobie kupić udko indycze prosto z rusztu i zakropić koniakiem — lub czym dusza zapragnie. Ale to wszystko należy konsumować w miarę, nie należy się obżerać, gdyż grozi to śmiercią. Dowodów aż nadto.

Śmierć siedzi przy stole

Zejście z tego świata nie zawsze bywa smutne i dostojne. Czasem kapryśna pani z kosą przychodzi w najdziwniejszych momentach. Śmierć nie baczy, że ludzie właśnie oddają się namiętnościom, kochają, ucztują albo załatwiają inne, bardziej intymne potrzeby. Zachowuje się wtedy tak, jakby chciała, byśmy — obserwując jej poczynania — umarli ze śmiechu.

Chcę, by wzięła mnie kostucha
w trakcie napełniania brzucha.
Niech na wieczny odpoczynek
legnę pośród win i szynek.

Wielu oddało ducha pomiędzy zupą a pieczystym. Brillat-Savarin uczynił to w czasie wystawnego obiadu — czując, że zbliża się śmierć, wrzeszczał na lokaja: "prędzej, prędzej, podawaj deser, bo umieram!". Pisarz Alfons Daudet tak łapczywie łykał zupę, że dopadł go wylew. Gdy władca Anglii Henryk I przejadł się na śmierć ukochanymi minogami, ciało nafaszerowane rybami wydzielało taki smród, że posolono je obficie, zaszyto w wołową skórę i tak doprawione wysłano do Caen, gdzie grzebano królów Anglii.

Pisarz Antoni Czechow skonał sącząc szampana. Kompozytor Johannes Brahms — wychylając szklankę wina reńskiego. A papież Aleksander VI Borgia wypiwszy przez pomyłkę zatrute wino, które wcześniej wysłał w prezencie pewnemu kardynałowi, mając nadzieję, że ten wysączy je co do kropelki.

Przechodniu, nasz książę, co tu leży w środku
tym tylko jest sławny, że umarł w wychodku.

Śmierć siedzi przy stole. Nie zawaha się wejść także i tam, gdzie nawet król piechota chodzi. Dzielnego Antoine de Bourbon — władcę Nawarry — kule omijały w walce, ale nie ominęły, kiedy "oddawał urynę" za rogiem szańców. Caryca Katarzyna II kazała wstawić do swojej toalety przerobiony na klozet tron królów z Zamku Królewskiego w Warszawie. Na tym szlachetnym meblu, gdy zbyt napinała się w trakcie załatwiania naturalnej potrzeby, dostała wylewu.

Ironia losu wyprawiła w zaświaty Ajschylosa — przelatujący orzeł wziął jego łysą jak kolano czaszkę za kamień i rzucił w nią upolowanym żółwiem. Pękła tylko czaszka, żółw wyszedł cało. Kto by pamiętał prezydenta Francji Faure'a, gdyby nie fakt, że śmierć zdybała go na kochance — w pokoiku tuż obok prezydenckiego gabinetu. (Clinton to jednak gość.)

Paryż naznaczony polskością

W muzeum Antoine Bourdelle jest wykonany przez niego pomnik Mickiewicza. Polska Biblioteka na wyspie Świętego Ludwika — niedaleko Notre Dame — założona na początku XIX stulecia. Jej pierwszym prezesem był Czartoryski, wice — Mickiewicz. Są tam bezcenne eksponaty archiwalne, jak oryginalny tom pierwszego wydania De Revolutionibus Orbium Celestium Kopernika z roku 1543. Książkę tę pośpiesznie dowieziono konno z Norymbergi, by zdążyła do rąk umierającego astronoma.

Są rysunki wykonane przez Mickiewicza i Norwida. Na jednej ze ścian wisi ogromna mapa Polski — ostatnia przed rozbiorami, wykonana dla króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. Nie sposób wyliczyć wszystkiego co się tam znajduje.

Są miasta, o których szybko się zapomina — Paryża nie można zapomnieć.

Befsztyk po tatarsku

Takiego befsztyku po tatarsku, jaki jadałem właśnie tam, nie trafiłem już nigdzie. Zanim pierwszy raz pojechałem z koniną do odbiorcy na Paryskie Hale, koledzy już poinformowali mnie, że dla samego tatara warto jechać. Rzeczywiście — zawsze w lodówce u odbiorcy w biurze było kilka kilo nadartej (nie mielonej!) końskiej polędwicy. Jajka, cebula, sól, pieprz i inne przyprawy — włączając Courvoisier. Pierwszy raz mnie poczęstowano, oznajmiając, że następne razy obowiązuje pełna samoobsługa.

Ps. Paryż, Pantin — boli mnie kur...ka ząb!

Paryż, Pantin (parking Botransa), środek lipca, upał saharyjski. Jest piątek. Załadunek w poniedziałek. Nie wiem gdzie. Czasy: wczesny Gierek. Boli mnie ząb. Doraźnie leczyli koledzy — najpierw umartwiali Żołądkową Gorzką, bolał intensywniej.

Idąc, zobaczyłem nieco podniszczoną tabliczkę z napisem: "Lekarz dentysta przyjmuje w godzinach od... do...". Spojrzałem na zegarek. Świetnie. Mam antidotum na mój ból.

Idę po schodach na pierwsze piętro dostojnej kamienicy. Drzwi ozdobione mosiężną tabliczką. Dzwonię dzwonkiem, który trzeba pociągać. Długa cisza... po czym słychać jakieś szuranie. Ktoś zbliża się z odległych pokoi.

— Kto tam?
— Ja do doktora.
Zdumiewająco długa pauza...
— Chwileczkę.

Szczęk zamków. Drzwi otwiera staruszka. Korytarz ciemny, mieszczański, wysoki chyba na cztery metry, liczne drzwi do różnych pokoi. Siadam, czekam, rozglądam się. Ponuro. Macam językiem dziurę po plombie, którą zjadłem. Słyszę jakieś szmery z oddali mieszkania, jakby przesuwanie mebli. Atmosfera robi się coraz dziwniejsza.

Nagle otwierają się drzwi i ukazuje się ta sama staruszka — tylko w białym kitlu, promienna i jakby odmłodzona. Wchodzę do gabinetu. Widzę stary zniszczony fotel, jakiś stolik i archaiczną bormaszynę z pedałem, który obraca kołem. Widać na oko, że ostatni pacjent był tu chyba przed drugą wojną światową.

— Słucham pana?

Mam ochotę uciekać pod byle pretekstem, ale widząc starszą panią w wykrochmalonym, czystym fartuchu, z kruchą wiarą w swoją wiedzę i praktykę — nie, nie mogę jej tego zrobić. Siadam na fotelu i pokazuję dziurę w zębie. Zmienia okulary na mocniejsze i zaczyna penetrować. Pomrukuję z bólu.

— Ach, widzę. (Podnosi okulary na czoło.) Mam plomby za trzydzieści, czterdzieści i za czterdzieści pięć franków. Którą pan sobie życzy?

Wybieram najdroższą i przeklinam w duchu moment, w którym wszedłem do tego mieszkania. Staruszka dyszy z wysiłku przy nadeptywaniu na pedał bormaszyny. Ból rozwierca mi to, co mam w czerepie. Trzymam się kurczowo oparć fotela. Nieużywana od lat bormaszyna warczy, na twarzy staruszki pojawiają się krople potu...

Plombę zjadłem pod załadunkiem.

Europa IIStrona głównaEuropa IV