Volvo F12 w Dover
Europa — Rozdział II

Jadę do UK

Mrożona truskawka z Leżajska, weekend w Londynie i kapelusz od Kunty ze Strasburga

Dover — odprawa i weekend w stolicy

Załadowałem mrożoną truskawkę w Leżajsku, do Manchesteru. Ciekawe jak oni tam jeżdżą? W Dover nie odprawiono mnie ostatecznie — celnik skierował mnie na Urząd Celny w Londynie, by tam dokonano ostatecznej odprawy. Nigdy, w żadnym kraju nie rozumiałem do końca przepisów celnych.

Był piątek i zanosiło się na weekend w Londynie. Co robić? Zawsze w takich sytuacjach stawiałem na zwiedzanie i przypadki. Słyszałem, czytałem o wielu miejscach wartych obejrzenia w tym mieście. Najpierw przydałoby się skontaktować z Wackiem, którego poznałem kiedyś na Pantin u Gontranda w Paryżu. Miałem w kapowniku jego numer telefonu. Mieszkał w Londynie. Wiedziałem, że odprawią mnie dopiero w poniedziałek — więc cały weekend garuje w stolicy imperium Her Majesty Elizabeth.

Volvo F12 w Dover przed odprawą
Volvo F12 w Dover — przed odprawą. Truskawka z Leżajska czeka.

Parking przy UC z wszelkimi wygodami. Prysznice, kuchnia z jadalnią — nawet telewizor. Dzwonię do Wacka... cisza, nikt nie odbiera. Odświeżyłem się, zapakowałem plecaczek w wiktuały i ruszam w miasto.

Próbuję iść piechotą, ale tutaj odległości podawane są w milach — więc wszędzie jest o połowę dalej. Wsiadam do metra, kupując wcześniej bilet na resztę dnia. Znajduję dom na Hackney, w którym mieszka Wacek. Sąsiad informuje, że nie widział go od dwóch tygodni. Stawiam na przypadek.

Znowu metro. Przyglądam się czym jadę — jakieś dziwne, śmieszne rączki w postaci kulek na sprężynach służące za uchwyty, podłoga drewniana. A może tylko trafiłem na jakiś zabytkowy wagon? Zjechałem na stację Victoria. Wokół ruch jak na pchlim targu w Paryżu. Wychodzę na zewnątrz i już pojawiają się wokół mnie totalne zabytki. Czuję się jak na jakiejś widokówce. Ulicami jeżdżą piętrowe, czerwone autobusy oraz czarne, kanciaste taksówki. Na rogach ulic stoją policjanci w... no, czymś na głowie. Za to policjantki w melonikach. I fajnie jest!

Sobota — Buckingham, National Gallery i Soho

Łażę i podziwiam. Poznaję dwie Niemki — pracują tu w charakterze obsługi mopa, zarabiają tyle, że palcem bym nie kiwnął, w dodatku mają dług za kemping. Wegetacja. Częstuję je Johniem. Łazimy, oglądamy i tak upływa wieczór.

Rano bolą mnie nogi, ale wstaję bo mnie suszy po Jaśku. Po prysznicu czuję się raźniej. Trzeba zaspokoić tasiemca — daję mu włoskie spaghetti z niemieckim mięsem. Zżarł. Zakładam mój wielki skórzany kapelusz, kupiony od jakiegoś Kunty w Strasburgu za kilka Franciszków, i wsiadam do czerwonego piętrowca, który właśnie podjeżdża. Nie mogę sobie odmówić i rozsiadam się na górnym poziomie, nad furmanem. Wrażenia są super. Jak w wesołym miasteczku. Jedziemy wąskimi uliczkami, prawie zawadzając o domy, a w dodatku ta cholerna lewa strona ulicy. Mój błędnik protestuje!

Zaliczam zmianę warty — trafiło się kilku Polaków. Szczyle po 16-17 lat, klną jak szewcy, psując mi całą imprezę. W końcu mówię im z wrodzoną delikatnością, żeby zamknęli pyski. Zatyka ich — myśleli, że są jedynymi Polakami po tej stronie kanału. Wieśniaki.

Tłum się kłębi i byłbym nic nie dojrzał, gdybym nie wspiął się na jedną z rzeźb. Policjantka na koniu zgania z pomników kwiat młodzieży — na szczęście moja rzeźba stoi poza jej zasięgiem i widok mam nieograniczony. Flagi powiewają, trąby grają, maszeruje warta honorowa. W czerwonych mundurach z wielkimi czarnymi... no tym — na głowach. Dowódca warty idzie z wielkim psem u boku. Błyskają flesze.

Drugie śniadanie z widokiem na Big Bena, London Bridge, Tower Bridge i cały ten szmelc. W City czytam historię wielkiego pożaru, który strawił całe miasto dawno temu. Ówczesny burmistrz skomentował wtedy: „To ma być pożar? — kobieta by to zasikała."

Trafiam do National Gallery. Wjazd za darmo, ale w szatni nie przyjmują plecaków — więc cały czas pomykam z garbem. Spędzam ponad cztery godziny, a i tak oglądam wszystko pobieżnie. Moim błędem jest to, że impresjonistów zostawiam sobie na sam koniec i później nie mam już na nich siły. Van Gogh, Cézanne i inni — wcześniej Picasso, parę sal przed nim Rubens ze swoimi grubasami, i tak dalej aż do XIII wieku wstecz. Głowa boli. Obrazy znane z reprodukcji całkiem na żywo — to tak jakby iść na piwo z Fogiem.

Niedziela — British Museum i strajk metra

Jadę do centrum autobusem, gdyż dziś w Londynie jest strajk metra. British Museum — wejście za darmo, jak do National Gallery. Zaczynam od asyryjskich płaskorzeźb. Dominują sceny polowań na lwy i krwawe bitwy, deszcz strzał i brodaci wojownicy — wszystko wykute w szarym kamieniu. Dalej starożytna Grecja i Rzym — mniej więcej to samo co w Watykanie, z tą różnicą, że tam wszystkie figury mają obtłuczony nabiał. Jedno z pięter całkowicie poświęcone Egiptowi. Mumie, mumie, mumie. Zmumifikowane węże, małpy, ryby — nawet skarabeusz.

Jadę do Hyde Parku. Słynny kącik mówców niestety nieczynny. Za to poznaję dwie dziewczyny z Jerozolimy. Okazuje się, że w Izraelu za zapalenie skręta dostaje się sześć miesięcy pierdla. Okrutne. Żydówki się zmywają, a ja jem obiad z kanapek z masłem orzechowym i piwa Guinness.

Deptak przed kinem Imperium opanowany przez towarzystwo hiszpańskojęzyczne. Poznaję Katalonkę, Baskijkę i Hiszpana. Jest cider — jabcok, i popper, który okazuje się mniej więcej tym samym co eter. Ktoś gra na gitarze, ktoś śpiewa — oczywiście po hiszpańsku. Znów jestem jedynym, który nic nie rozumie. Obok bębnią Murzyni, jakiś gość w spódnicy, ktoś przebrany za krowę — ogólny mętlik.

Ucieka mi ostatni autobus. Oczywiście gubię się i łażę godzinę, spotykając różnych dziwnych ludzi. Nikt nie wie gdzie jest mój parking. Jakiś Murzyn chce mnie podwieźć za dwa funty. Spotykam pijanego Francuza jadącego na rowerze — facet podobny do muszkietera, w takim stanie utrzymuje się w pionie. On też nie wie. Właściwą drogę wskazują mi dopiero w pizzerii.

Wreszcie moja skorupa! Padam nieprzytomny…

Volvo F12 — mój koń
Volvo F12 — WSI 1330. Mój koń na angielskich drogach.
← Rozdział IEuropa — spis treściRozdział III →