Wożąc „Prochy" po Oj!-czyźnie, mijałem nieraz Volva z PMPS PEKAES. Podobały mi się. Zacząłem się tym interesować. Na naszą zajezdnię zajeżdżały tankować paliwo. Któregoś razu podszedłem do kierowcy takiego Volva, by zadać mu kilka pytań. Rozmownym nie był — odpowiadał, ale odnosiłem wrażenie, że gadam ze świętym Piotrem przed Bramą Niebieską.
Przy pierwszej okazji wstąpiłem do Błonia i poszedłem do kadr popytać co i jak. Dali mi wszystkie papiery potrzebne do angażu — było tego od cholery. Po dokładnym zapoznaniu się z wymogami uznałem, że jestem w stanie im sprostać. Jadąc w stronę domu, rozmarzyłem się o dalekich podróżach za kierownicą takiego Volva.
Kilka wiader zimnej wody spotkało mnie w domu. Wiedziałem, że lekko nie będzie przekonać żonę. Jednym słowem — rozpętało się piekło. Położyłem uszy po sobie i cichutko ulotniłem się z domu.
Ta myśl jednak nie dawała spokoju. Ziarno zostało posiane i wschodzi zielenią. Po cichu kompletuję „papiery". Gdy były gotowe, podrzuciłem do Błonia. W lubińskim PKS już inaczej na mnie nie wołali, tylko „Tirowiec". A wołajcie sobie — ani to obraźliwe, ani żadna ujma. Jedynie zobowiązujące.

Egzamin i kurs
Zdawało się z jazdy: kurs „ogórkiem" po Warszawie z bujanym na wszystkie strony siedzeniem kierowcy. Dwa zgrzyty eliminowały amatora. Z przepisów ruchu drogowego i z języka obojętnie jakiego, byle zachodniego — a w szkołach nie uczyli. Poliglotą nie byłem, ale zdałem z angielskiego i nawet z niemieckiego.
Kurs był dwutygodniowy. Tydzień z przepisów granicznych, odpraw celnych, obsługi agregatów chłodniczych Thermo King. „Panowie, tylko łyżeczką. Ły-żecz-ką!" — ostrzegał nas kierownik kursu. Następny tydzień — próbne jazdy na sprzęcie firmy w ośrodku rekreacyjnym pod Kielcami.
Egzamin końcowy zdali wszyscy. Myślę, że już nikomu nie chcieli robić krzywdy — wiedząc, że każdy uczestnik kursu będzie oddanym pracownikiem firmy.
1 lutego 1975 roku stałem się kierowcą Przedsiębiorstwa Międzynarodowych Przewozów Samochodowych „PEKAES". Praca w tej firmie to jakby doktorat, a nawet — profesura.

Słubice — brama na Zachód
Trzeba było zacząć od „krajówek". Dyspozytor dosadził mnie do jadącego do Francji przez Słubice. Dosiadłem do „Pana kierowcy" — importowanego warszawiaka. Z Błonia do Słubic 470 km, około 8 godzin — na rozmowę czasu było dużo. Słuchałem jak warchlak grzmotu jego wywodów i notowałem w myślach to, co mi się mogło przydać, a kasowałem badziewie.


Woń dobrych papierosów i wód po goleniu utwierdził mnie, że jestem coraz bliżej ziemi obiecanej. Staszek — mój nowy kolega — był z Woli, warszawiak z dziada pradziada. Przegadaliśmy do rana, herbaty wypiliśmy wiadro, a Cezar — litrowa flacha jugosłowiańskiego koniaku — wsiąkł również. Od Staszka dowiedziałem się o wiele więcej niż na firmowym kursie.
Nie żyje. W Ostendzie — przechodząc przez ulicę — potrącił go śmiertelnie jakiś pirat drogowy.
Hamburg — pierwsza trasa za miedzę

Okazało się, że jadę już za granicę — do Hamburga. Byłem przygotowany na jazdy po kraju, a tu raptem tylko dwie jazdy i już jadę za miedzę. Przeniosłem manele z hotelu do auta i w drogę.

Świecko — granica


Paszporty kontrolował polski oficer WOP. Wziął mój paszport, uważnie i głęboko zajrzał w oczy, a paszport wsadził gdzieś między nogi i nim coś tam chachmęcił — nie było widać. Następny — oficer „Grentz Policaj" — tylko przyłożył pieczątkę.
Most na Odrze i jesteśmy w „dodatku do rancza" — DDR. Autobahn jeszcze po Hitlerze. Do obwodnicy Berlińskiej był dobry — od makabra. Ruch tranzytowy z RFN zrobił z tej autostrady rzekę zamarzniętą podczas sztormu.
Po rozładunku w hamburskim Browarze, jadąc przez Niemcy, doszedłem do prostego wniosku — że to myśmy tę wojnę przegrali.

Moskwa — Sokolniki
Głównie obrabialiśmy „wystawki" na Sokolnikach — dzielnicy Moskwy, gdzie trwała cały rok wystawa techniki radzieckich inżynierów. W Siedlcach połaziłem po sklepach, żeby kupić jakieś „fanty" do wymiany na ruble. Miałem od „żyda" kilka peruk, zończyków, rajstop i „tygodniówek" — majtki damskie na każdy dzień tygodnia z innym obrazkiem.
Na odprawie w Breściu „Barysznia” — oficer pograniczników — na skrawku papieru z kajetu przystawiła pieczat i złożyła podpis, mówiąc, że mam pilnować tej wizy jak oka w głowie, bo jak zgubię, to broda uronie mi do pasa, zanim opuszczę „sojuz”. Schowałem skwapliwie ten kwit głęboko i ruszyłem na Moskwę.
W Mińsku zatrzymuje mnie „nastajaszczy" — policjant. „Ty nie widieł znaka?" — pyta. „Widieł, widieł" — mówię — „ale taki jak ty skazał, uże mienia nada priamo wadzić maszynu." Zauważył długopis na podszybiu — dałem mu ten długopis z gołymi babami, od Królaka. Ogląda i pyta: „Kto takoj umnyju szarikowoj ruczku stwierił?" — „Kitajce" — mówię. Rzucił mi go z powrotem, zeskoczył ze stopnia i machnął ręką.
Na Sokolnikach spotkałem kolegów z firmy. Był piątek — „tamoznia" nie rabotajet. Trzeba czekać do poniedziałku. Siedmiu nas było. Idziemy w miasto. W parku przy kioskach z pamiątkami stały prześliczne predawczyce. Od słowa do słowa — zaprosiła nas do środka kiosku. Zawołała z sąsiedniego koleżankę. Rozmowa potoczyła się wartko, nawet znalazła się butelka samogonu w butelce z nalepką polskiej „Wyborowej".
Kawałek z życia — za kierownicą
