Zajezdnia PKS w Lubinie
Rozdział V · Polska

PKS Lubin

Ogórek, Pszczółka i Kierkegaard

Pracy dla kierowców w Lubinie nie brakowało — we wszystkich jednostkach transportowych czekali z otwartymi ramionami. W lubińskim PKS szybciutko wsadzili mnie na autobus. Każdy kierowca z „jedynką" był dla nich jak prawdziwek pośród maślaków. To były jeszcze czasy, gdy nie robili kierowców autobusowych z łapanek. Żeby autobusem wozić ludzi, trzeba było mieć „jedynkę".

Dostałem autobus: Jelcz — Ogórek — z przyczepą. Pojemność teoretyczna: 140 osób. Kiedyś policzyłem — wysiadło 228 ludziów. Obsługiwałem przewozy pracownicze. Woziłem górników do i z pracy. Czasy dojrzewającego Gierka.

Jelcz Ogórek z teściową
Jelcz „Ogórek" z teściową — pojemność 140 osób (teoretycznie)

A propos

Prócz istot ziemskich i nieziemskich, jest także „istota rzeczy". Tu — chcąc nie chcąc — wkraczamy w dziedzinę nauk ścisłych, ocierając się nieśmiało o fizykę jądrową i zerkając metafizycznie na „ducha w maszynie".

„Mamy rację, że koń jest w istocie rzeczy spiritus movens samochodu." Na marginesie tych niezbyt poważnych rozważań — łaciński zwrot spiritus movens da się łatwo zapamiętać jako fraza: „pijany kierowca w ruchu".

Chamstwo w pełnej krasie

Jeździłem, wożąc lud pracujący miast i wsi do i z roboty. Włącz wyobraźnię: autobus stoi 70 metrów od przystanku. Pan kierowca rozwala się na fotelu i kurzy „Carmena" — patrząc zza szyby na zmarzniętą hołotę. Ogłupiały motłoch łazi w kółko, przytupuje z zimna, poowijany w zgrzebne odzienie z wiecznym wyrazem przegranej na swojej małpiej gębie.

Pan kierowca — bez pośpiechu — zaciąga się po raz ostatni i jako osobnik wyćwiczony w filozofii, teologii i naukach społecznych, spoglądając na to okiem sceptyka, starannym, leniwym ruchem wyrzuca peta za okno. Po czym przeciąga się i... wychodzi odlać się na tylne lewe koło przyczepy autobusu.

Niespiesznie wraca, siada za kierownicą i dla podkreślenia ważności swojego zawodu bierze do ręki rozkład jazdy, studiując go co najmniej jak dzieła zebrane Sørena Kierkegaarda: „Życie można zrozumieć, patrząc nań tylko wstecz."

Kierkegaard był Duńczykiem. Życie swe pędził w Kopenhadze. Kierowca był kierowcą — życie swe pędził mniej przy boku żony, a więcej w autobusie. Oprócz tych chwil, w których musiał wysiąść, żeby odlać się na tylne lewe koło przyczepy.

Po przestudiowaniu rozkładu jazdy pan kierowca widocznie doszedł do wniosku, że jednak na przystanek trzeba podjechać — zaśmiał się więc pod nosem jadowicie i podjechał. Motłoch oczekujących runął ku drzwiom jak armia Hannibala w bitwie nad Jeziorem Trazymeńskim.

Nawet przyjemnie zaczynało się robić w tym polskim baraku. Import inwestycyjny Gierka było widać na każdym kroku. W sklepach towarów coraz więcej. Ludzie zaczęli się częściej uśmiechać i żartować — utwierdzali ich w tym Pietrzak, Laskowik, Smoleń i inni rozśmiewacze.

Jak wspominałem wcześniej — nie lubiłem robić czegoś na siłę. Po trzech miesiącach idę do technicznego: „Daj mnie pan na towarówkę." Ale gdzie tam — „Masz pan jedynkę, musisz jeździć autobusem." Mogę jedynie zmienić panu pracę na linie.

Poszedłem do lekarza, pogadałem „do ręki" i jestem „głuchy" — nie mogę wozić człowieków. Radzi nie radzi, przenieśli mnie na towarówkę.

Pszczółka

Pod płotem stał ZIŁ. Dowiedziałem się, że nie chcą go przyjąć do naprawy głównej — ma rozmrożony blok i pęknięty wał korbowy. Producent nie dostarczał żadnych części zamiennych w ramach RWPG. Idę do technicznego i nadaję mu, że jak ja odprowadzę tego ZIŁ-a, to go przyjmą do remontu. Zgodził się.

Załadowaliśmy z koleżką ZIŁ-ka na Stara łamańca i wio do Solca Kujawskiego. KZNS — Kujawskie Zakłady Naprawy Samochodów — były kliniką dla ruskich maszyn. Po ośmiu godzinkach jadę do domciu nowizną. Tylko koła zostały pekaesowskie, reszta jak z igły.

ZIŁ — no nie! panie wadzo...
„Pszczółka" — niby żelazo, a jednak miało duszę

Do dziś z sentymentem wspominam to autko. Niby żelazo, a jednak miało duszę. Odpłacał mi tym samym czym ja jemu. Nigdy mnie nie zawiódł. Pieszczotliwie nazwałem go „Pszczółką" — i taką ksywkę miał pośród kolegów.

Po tygodniu pojechałem do Sanoka po „teściówkę" — przyczepę 6 ton ładowności. Dostałem dysponenta: dział zaopatrzenia ZG Lubin, Sekcja Metalowa. Poznałem Staszka — zaopatrzeniowca, wesołego chłopaka, kawalarz jakich mało. Dopasowaliśmy się. Miał jedną wadę — a może zaletę? Kochliwy był jak kot w marcu. Jeździliśmy po całej Polsce za komponentami potrzebnymi do funkcjonowania kopalń KGHM.

Mijały lata, przybywało doświadczeń w księdze zwanej życiem. Gierek zaczynał się nie sprawdzać. Nadszedł czas spłacania zaciągniętych pożyczek — że kiedyś to wszystko się rozsypie, każdy sobie zdawał sprawę, tylko nie bardzo wiadomo było kiedy.

Nadszedł czas, że musiałem rozstać się z Pszczółką. Minął termin eksploatacji — poszła pod palnik. Szkoda mi było tego autka. Na otarcie łez dostałem nowego Jelcza z „teściową" — przyczepą 10 ton. Woziłem „prochy" — proszki do prania — z Zakładów Chemii Gospodarczej w Ścinawie po wszystkich magazynach AGD, PZGS i RUCH w całej Polsce. Do dziś pamiętam ciasne magazyny RUCH-u w Piotrkowie Trybunalskim — makabra, gdy wpychałem przyczepę pod rozładunek, tamowałem ruch na głównej ulicy.

Jelcz z teściową — przyczepa 10 ton
Jelcz z „teściową" — proszki do prania po całej Polsce

W Lubińskim PKS przepracowałem 7 lat. Pożegnanie było wzruszające.