Rozdział I

Polska

Dzieciństwo i wiek cielęcy. PRL, drogi i ludzie.

Drewnica, lata 40. i 50. XX wieku

Rozdział nie o początku historii, ale o początku wszystkiego, co mnie ukształtowało — choć wtedy nie miałem o tym pojęcia.

Gdy człowiek ma siedem, osiem lat, świat dopiero się przed nim otwiera, a większość wrażeń chłonie jak gąbka — bez filtrów i filozofii. Dopiero później życie zrobi z tego mozaikę. Nasza droga zaczyna się od narodzin i prowadzi w wiadomym kierunku. Po drodze mijamy coraz to nowe pejzaże. Warto iść im naprzeciw z radością, nie ze strachem — bo lęk przed nieuchronnym jest jak próba zatrzymania rzeki. A rzeka, jak wiadomo, nigdy nie przestanie płynąć.

Krótko i bez wdawania się w szczegóły: każdy z nas składa się głównie z wody — około 75%. Do tego dochodzą związki organiczne i cała reszta. Dlatego typ jak ja bluzga tym, czym jest wypełniony. Platon twierdził, że ciało jest „więzieniem duszy". Więc taki jak ja nad duszą nie panuje — jedynie Bóg ma nad nią pieczę. To, czym tu emanuję, jest więc sprawą boską. Proste.

Trzecia klasa podstawówki w Drewnicy z kierownikiem szkoły p. Lange

Trzecia klasa porządnej podstawówki w Drewnicy z kierownikiem szkoły p. Lange (drugi z prawej w drugim rzędzie). Za Ninką — drugi z prawej.

Nadszedł czas edukacji

W Drewnicy skończyłem porządną podstawówkę. Nauczycielami byli autochtoni, z którymi łatwiej było się porozumieć po niemiecku. Jedynie rosyjskiego — od trzeciej klasy — uczyła nas pani Wiktoria Kłosiewicz. Chociaż nie lubiliśmy tego języka, „Babcię" lubiliśmy bardzo — za śpiewny akcent i barwne opowieści o Sankt Petersburgu.

Dziadek Józef Redlich na bryczce

Dziadek Józef Redlich — człowiek, który rzadko tłumaczył, częściej pokazywał.

Dziadek Józef i glizdy

Któregoś dnia dziadek odłożył fajkę, spojrzał na mnie spod krzaczastych brwi i powiedział: — Idziemy na ryby. Ale najpierw robaki. I tu zaczynał się rytuał, który dla głuta był niemal wyprawą w głąb ziemi. W sadzie, przy rowie, było dziadkowe robacze Eldorado — miejsce, gdzie ziemia była ciemna, tłusta, pachniała wilgotnym lasem, choć do lasu daleko.

Dziadek wbijał szpadel z takim spokojem, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie — dla mnie to było odkrywanie magicznych stworzeń, skręcających się jakby chciały powiedzieć: „A dajcie że nam spokój!" Wydłubywałem robaki do poniemieckiej puszki po ziołach, glisty się wiły, a ja byłem dumny jak cholera — oto uczestniczę w czymś dorosłym.

Nie rozumiałem jeszcze, że to była lekcja cierpliwości, życia i przede wszystkim — więzi.

Nie było poradników, psychologów od wychowywania takich brzdąców jak ja, ani internetowych mędrców, co to wiedzą lepiej, jak masz żyć. Dziadek nie wykładał mi teorii, nie tłumaczył metafor. A jednak, idąc za nim z puszką glizd, uczyłem się więcej niż później w niejednej szkolnej klasie. Uczyłem się, że żeby coś złowić — trzeba najpierw się ubrudzić; że cierpliwość nie jest cechą, tylko ćwiczeniem; a ludzie, którzy nic nie mówią, potrafią przekazać najwięcej.

Spisek na pomoście

Dziadek Józef próbował zrobić ze mnie wędkarza. Żebym — jak mawiał — łapał takie ryby! Uzbroił mi wędkę w żyłkę oraz hak rozmiaru zbrodni. Do tego korkowy spławik pomalowany olejną na czerwono — Stalin żył jeszcze, taka moda była.

Poszliśmy nad Kanał, dotarliśmy na pomost, przy którym cumowały statki do Gdańska — jedyna łączność z szerszym światem. Dziadek wydał wyrok: „zostaniesz tutaj" — gdy tylko noga moja na pomoście stanęła. Zrozumiałem, że oto stałem się ofiarą spisku. Moja ostoja — babcia Antosia — została w chałupie, dziadek zaś upatrzył sobie koniec pomostu, gdzie jest głęboko i ryb pewnie zatrzęsienie, a ja zostanę samotny przy płachetku wolnej wody o głębokości do kolan. Zdrada!

Dziadek nie doszedł jeszcze do połowy pomostu, gdy mój korek pomalowany olejną zaczął sunąć w kierunku trzcin. Wyjąłem wędkę z wody. Na końcu dyndał okonek — rozdarłem się więc, żeby dziadek wrócił, bo złapałem rybę! Dziadek wrócił, zdjął okonka z haczyka. Miejsce okonia zajął kolejny robak, wędka została zarzucona, dziadek ruszył na koniec pomostu i znów w jego połowie zawrócił — by uwolnić mnie od kolejnego pasiastego żarłoka. I jeszcze raz, i jeszcze, i jeszcze... Dopóki się glizdy nie skończyły.

Przez całą drogę powrotną dziadek nie odzywał się słowem. We mnie zaś kipiała radość — bo oto będąc pierwszy raz na rybach z tuzem rodziny w wędkarstwie, pokazałem niechcący dziadkowi klasę. Temu dziadkowi, który łowił karpie i liny w ilościach nieprzebranych, a raz nawet złowił suma rozmiaru dużego prosiaka.

Dwaj chłopcy siedzący na masce starego samochodu DKV, tablice rejestracyjne Gdańsk HO5-531

Objazdowy fotograf zagościł w Drewnicy — tym samym obudził we mnie miłość do motoryzacji tą „Dekawką” (DKV — dykta, klej i woda) na fotce: z młodszym kuzynem Zbyszkiem.

Od Kanału do Kanady

Lata mijały. Kiedyś w Rimini patrzyłem, jak między ciasno zacumowanymi łodziami tubylcy wyciągają ryby na sznurek z haczykiem bez przynęty — z wody pełnej pływających kondomów. Italia — co tu tłumaczyć.

Minęło kolejnych kilkanaście lat i los pogonił mnie daleko — w dzikie rubieże Ontario. Moim pierwszym zakupem w Kanadzie była wędka z kołowrotkiem marki Shimano. Pierwszą rybą, jaką wyciągnąłem, był ogromny — w mojej wyobraźni — szczupak. Radość była wielka, bo „w każdym mężczyźnie drzemie łowca". W pięknej, malowniczo położonej rzece Groundhog w północnym Ontario, czego dusza łapacza zapragnie. Mój rekord: 17 + 14 kg — dwa jesiotry. Złapanie i wyciągnięcie tej ryby na brzeg można porównać do osiodłania od dawna wybranej i ubóstwianej dziewczyny. Piękna sprawa.

Dziś śmieję się z siebie i z mojego dziadka — świeć Panie nad jego duszą — który czuł w kościach, czy będą brały. Bo dla niego wędkowanie nie było hobby. To była namiętność.

Doświadczenia z dzieciństwa nie czynią świętym. W życiu miałem niejedną przepaść pod stopami, nie raz zboczyłem z drogi, potknąłem się, nieraz walnąłem łbem o kant istnienia. Ale te momenty pod płotem, przy glizdach, z dziadkiem — wracają niespodziewanie i przypominają, że nawet jak się człowiek pogubi, to w środku coś zostaje. Taki kompas, który wskazuje: znasz drogę, sam ją kiedyś widziałeś.

Dziś, kiedy patrzę wstecz, widzę, że to wszystko — dziadek, glizdy, ryby, ziemia pod paznokciami — było takim cichym prologiem. Intro do historii człowieka, który musiał kilka razy pobłądzić, żeby zrozumieć, dokąd właściwie zmierza. I chyba o to chodzi: nie o doskonałość, tylko o drogę. A ta moja zaczęła się tam — pod płotem, z puszką wijących się żyjątek — z dziadkiem, który nigdy nie mówił „zobaczysz, kiedyś zrozumiesz". A jednak... zrozumiałem.

— Dziadek Redlich

Powrót do spisu treściRozdział II →