Dom dzieciństwa w Drewnicy

Polska · Rozdział II

Glut, czyli ja

Dom mojego dzieciństwa

Będąc w 2008 roku w Polsce, odwiedziłem Drewnicę — miejsce, w którym zaczęło się moje być. Nic już nie było takie, jakie zapamiętałem z dzieciństwa. Gospodarstwo stało się ruiną porosłą krzakami i krzywym świerkiem.

Dom dzieciństwa w Drewnicy

Dom mojego dzieciństwa w Drewnicy — takim go zapamiętałem.

W tym domu wzrosłem i wychowałem się. Wielu rzeczy się nauczyłem. W tym domu byłem szczęśliwy i nieszczęśliwy. Babcia z dziadkiem nauczyli mnie tu polskich wierszy i piosenek. Tu spowiadałem się z niepokojów pierwszej miłości, bełkotałem o Jej szczęściu i burzach.

Pojąłem tam na całe życie, że kasztan i wierzba są mi bliższe niż palma i cyprys, a Mickiewicz i Chopin drożsi niż Szekspir i Gershwin — drożsi z powodów, których żadna racja nie potrafi uzasadnić.

Jestem Polakiem, bo przejąłem od Polaków pewną ilość ich wad i zalet narodowych. I uważam to za bardzo dodatnią cechę mojej polskości. Ale przede wszystkim Polakiem dlatego, że tak mi się podoba.

Perszerony, piwo i Żuławy

W 1943 roku Niemcy wywieźli całą rodzinę spod Torunia — gdzie była ich ojcowizna — do Elbląga. Ciotki z mamą, dziadkiem i wieloma jeńcami angielskimi pracowali w elbląskim browarze. Dziadek rozwoził parą koni piwo po knajpach i sztubach, a babcia prowadziła ochronkę — tak to nazywała — w której i ja się znalazłem.

Ojca wcielili do Wermachtu. Przyjechał na urlop raz, gdy miałem półtora roku. Odnowiłem znajomość z ojcem dopiero w 1982 roku — w Lincoln, w Anglii. Tam zmarł w 1994.

Gdy Krasna zbliżała się do Elbląga, dziadek ukrył konie w browarze. Po ich przejściu zaprzągł ocalałe perszerony do piwnej lory, załadowali to co ocalało i dziadek powiózł rodzinę do Drewnicy — bo na swoje nie było po co wracać, zostało spalone. Tak to spędziłem dzieciństwo w Drewnicy.

Wielki cmentarz — to określenie najtrafniej, zdaniem historyka, opisuje sytuację na Żuławach w 1945 roku. Zalane wodą pola, łąki i strach przed szabrownikami.

Życie na Żuławach tuż po wojnie nie należało do lekkich. Nie każdy kto wówczas tu przyjechał, ten trudny czas wytrzymał. Przetrwali najtwardsi.

Klasa 4 — podstawówka w Drewnicy 1954

1954 r. — czwarta klasa porządnej podstawówki w Drewnicy. Trzeci rząd, trzeci od lewej.

Stary zegar na straży

Stary poniemiecki zegar stojący

Dziadkowy, poniemiecki zegar stojący — strażnik domu.

Nieraz przystawałem przed dziadkowym, poniemieckim, stojącym zegarem, dostrzegając w nim coś mi bliskiego, opiekuńczego — stojącego na straży domu i jego mieszkańców. Bo zegar nigdy nie milczał i zawsze dobiegały z jego wnętrza jakieś odgłosy. Spokojnie odmierzał sekundy, minuty, godziny — tykał, chrobotał trybami tajemniczych kół, sapał, czasami jęczał gdy wybijał godziny i wzdychał, jakby jego wnętrzności z trudem trawiły mijający czas.

Gdy zapadała ciemność, jego flegmatyczne ruchy stawały się dla mnie ukojeniem. Dopóki ten staruszek stał na straży, nic złego nie mogło się zdarzyć.

Cisza sprawia przyjemność, jeśli jest wynikiem świadomego wyboru. „Śpiewaj mi, ciszy wybrana" — pisał Hopkins, świętując rozkosze religijnego odosobnienia.

Do przyjemnych odgłosów dla mnie należą: porykiwanie bydła wracającego do zagrody o zachodzie słońca. Krzyk mew. Pożegnanie dnia przez kolonie gawronów. Szepty z dziecinnej sypialni, w której siostrzyczka z niezwykłą powagą opowiada na dobranoc bajki młodszemu rodzeństwu. Buczenie ostrzegawczych syren transatlantyku przedzierającego się przez mgłę.

Kiedy po raz pierwszy usłyszałem w Aksaraju śpiew muezina — nie wzmocniony żadną aparaturą — długo pozostawałem pod jego urokiem. Bicie dzwonów kościelnych słyszane z oddali grzeje serce. Nigdzie nie czułem tego równie silnie jak we Włoszech. Do dziś pamiętam wieczorne bicie dzwonów w Como, niosące się wzdłuż brzegów jeziora — niezakłamany głos chrześcijaństwa, nasycony wiarą, nadzieją i miłością.

Doszedłem już do tego, że podziwiam feldmarszałka Moltkego, który potrafił milczeć w siedmiu językach.

Gdy kładę się spać, zadaję sobie często pytanie: Czy powiedziałem dziś coś, co naprawdę warte było powiedzenia?

Spóźniona wizyta

Na wrocławskim lotnisku czekali na mnie szwagier i mój dawny kolega. Gęby postarzałe, nosy bardziej czerwone, a pragnienie — jak zawsze — nienasycone. Ten słoneczny dzień stawał się coraz cieplejszy w miarę rozmów przy kieliszku, aż zrobił się z tego zwyczajny upał. Odmłodnieli nagle, ze zwadą zaczęli wspominać to, co było kiedyś, dawno temu...

Wygramoliłem się na ulicę i z trudem wpakowałem do taksówki.

— Do Osieka, proszę.

Łysy był moim druhem długie lata. Zapraszał często do siebie — paliliśmy ogniska przed domem, piekli kiełbasę, popijali gorzałę.

— A konkretnie, do kogo pan jedzie? — zapytał kierowca.

Powiedziałem mu, a on tylko dziwnie pokręcił głową, wrzucił bieg i ruszyliśmy.

Nie było mnie tam dziewiętnaście lat, ale okolice wciąż pamiętałem — polną drogę, w którą trzeba skręcić, dom na jej końcu. Wziąłem w rękę flachę Niemirofffa i zastukałem do drzwi. Potem do innych — z drugiej strony domu... potem w okno. Przez drogę, jakieś sto metrów dalej, stał dom sąsiadów. Poszedłem tam — też nikogo.

Wróciłem do taksówki i czekałem na kierowcę, który gdzieś się zapodział. Gdy wrócił, popatrzył ponad moją głowę.

— Wiem wszystko. Dowiedziałem się — powiedział cicho. — On umarł dwa lata temu... Tu mieszka tylko jego syn, ale jest w pracy.

Ta wiadomość... wypita gorzała... Łzy same zaczęły mi cieknąć. To kolejna osoba, do której nie zdążyłem.

Wysiadłem. Obszedłem jeszcze raz dom z flachą w ręku. Zatrzymałem się przy zarośniętym miejscu, gdzie kiedyś płonęło nasze ognisko. Spojrzałem na puste, czarne okna. Odkręciłem butelkę, wypiłem łyk — resztę wylałem tam, gdzie kiedyś buzował ogień, gdzie pachniały pieczone kartofle i przypiekana kiełbasa.

Odwróciłem się i ruszyłem w stronę samochodu. Wydawało mi się, że słyszę: „Może jeszcze po jednym, Edek?"

Za oknem auta powoli niknął samotny dom i zaniedbane, wysoką trawą zarośnięte podwórko.

— Pamiętam pana — rzucił kierowca w lusterko. — Miał pan pierwszego Merca w Lubinie...

— Dawno, dawno temu...

Zerknął ponownie i umilkł.

Rozdział ISPIS TREŚCIRozdział III →