Po wojsku człowiek staje przed pytaniem, które nie ma dobrej odpowiedzi: co dalej? Wyboru wielkiego nie było. Do smutasów nie należę — podumałem i doszedłem do wniosku, że to jeżdżenie jednak nie było złe. A co tam, spróbować można!
Robotę znalazłem w PSTBR — Przedsiębiorstwie Sprzętowo-Transportowym Budownictwa Rolniczego w Świebodzinie. Zajezdnia w Międzyrzeczu, placówka w moim miasteczku. I usiadłem na "Stara 20" — wywrotkę.

Zaczął się dla mnie "Uniwersytet Życia". Była to bardzo naukowa robota — nauczyłem się paserstwa: kręcić licznik, opylać benzynę, opychać materiały budowlane. Cement, cegła, pustaki, papa — wszystko co miało nabywcę, a rynek był chłonny.
Nie raz zastanawiałem się jak "to-to" wszystko działa. Nie trzeba było być wnikliwym obserwatorem — wszyscy kradli wszystko "co źle leżało". Uch, to były czasy. Polska była chyba najbogatszym krajem świata.
Pobierając dalsze nauki dowiedziałem się też, że każdy mężczyzna w swoim życiu powinien: wychować syna, zbudować dom, posadzić drzewo i napisać książkę. To pierwsze z zaleceń Platona nie zależy tylko od nas — ale trzy następne, choć nie łatwe, w owych czasach były możliwe do zrealizowania.
No i jeszcze jedno życiowe doświadczenie — gorzała. Po wypiciu połówki na łeb nikt nie rozpoznał, że cokolwiek wypiłem. Brało mnie dopiero po dwóch, i to nie za mocno. To było wliczone w koszty tej edukacji.
Kupiłem po starej znajomości z magazynierem motocykl "Jawę".

Z dziewczynami nie miałem problemów, ale ta Jawa — co tu dużo gadać, ułatwiała kontakty. Koleżanek i kolegów miałem mnóstwo.
Zrobiłem "Jedynkę" — pierwszą kategorię prawa jazdy. Poznałem panienkę, która kończyła liceum w moim miasteczku. No i stało się. Zakochałem się — co trwa do dziś. No może bardziej przywiązanie, bo żądze jakby już mocno ostygły. Chociaż zawsze jest tak, że u żonatego faceta inne kobiety budzą pożądanie, a swoja tylko budzi.
Ożeniłem się, straciłem wolność — co nie było takie przykre — a zaczęły się troski. Mieszkaliśmy razem z mamą. Wiadomo, jak to się żyje na "kupie". Szybko zaskoczyłem, że jest w domu o jedną gospodynię za dużo. Dostać mieszkanie w moim miasteczku było marzeniem ściętej głowy: "Budujemy nowy dom, jeszcze jeden nowy dom" — piosenka dla naiwnych.
Jadąc z Wrocławia, zatrzymałem się w lubińskim barze na posiłek. Bar był na stojąco. Podszedł koleżka po fachu — węchem wyczułem. Jak każdy kierowca mam wyczulony węch na olej napędowy, tak w ogóle na wszelkiego rodzaju napędy.
Od słowa do słowa dowiedziałem się, że zapotrzebowanie na kierowców jest ogromne, a mieszkanie dostaje się w ciągu roku. Podjechałem pod wskazany adres. Jadąc do domu, kartę obiegową przyjęcia do pracy miałem już w kieszeni. Na miejscu załatwiłem kartę zdrowia. Zwolniłem się z mojej firmy — nawet dostałem przeniesienie. Po trzech dniach siedziałem w wywrotce MAZ.

Praca polegała na wożeniu urobku z szybu Lubin Wschodni na flotację na Szyb Główny — 8 km po drodze publicznej, na zmiany po 12 godzin, siedem dni w tygodniu. Za pierwszy miesiąc zarobiłem tyle, co w poprzedniej firmie za cztery — bez boków.
Pisaliśmy tyle kursów, że na koniec miesiąca okazało się, iż wywieźliśmy dwa razy więcej urobku, niż wydobyli górnicy. Tacy "stachanowcy" z nas byli.
Żeby ukrócić nasze stachanowskie przewozy, wprowadzili pewne rygory. Dostawało się arkusz papieru format A4 i przy wyjeździe przez bramę drewniany policjant — straż przemysłowa — stawiał pieczątkę. Ile pieczątek, tyle kursów. Proste.
W dzień jeździłem jak wariat — nikt mi nie podskoczył, podkręciłem swojemu, gdzie trzeba, i był jak "Porschak". W nocy kombinowałem. Nie z chęci zysku — tak dla draki, z nudów. Podjeżdżałem pod bramę, bieg włączony, lewa noga na sprzęgle, prawa na gazie, boczna szyba spuszczona, dziwi pod lewą pachą, lewa ręka zgięta — w garści papier jak najwyżej oparty na furtce, a prawa ręka się czai. Drewniak celuje, żeby podstemplować, a ja go cap za rękaw i walę po arkuszu, aż dudni. Drewniak drze się wniebogłosy. Nie raz z wdzianka gościa rozebrałem. Tak się budowało ten świetlany system.
Miałem dość tej roboty — jak pogoda, to kurz; jak chlapa, to błoto. Ale mieszkanie mnie trzymało. Pogadałem z kierownikiem i pojechałem do Jelcza po Żubra — chłodnię.

Woziłem tym ustrojstwem dynamit z Oświęcimia i Bierunia, zapalniki z Pionek. Tego "towaru" zjadały kopalniane szyby tonami. Jedna noc spałem w domu, drugą w hotelu.
Dostaliśmy mieszkanie — na czwartym piętrze, bo wszystkim ze wsi tak dawali. Dwa pokoje, kuchnia, łazienka, balkon i piwnica. Zrobiliśmy "parapetówkę". Kolesie pomogli wycyklinować parkiet szkłem z wybitego okna. Pomalowałem podłogę w gazmasce Chemolakiem, pootwierałem okna na oścież — trzy dni lokum się wietrzyło. Wprowadziliśmy się w nasze nowe, pierwsze mieszkanie.
Radocha!

Meble czekały już od dawna w stodole chłopa, u którego gniazdowaliśmy. Po kilku dniach zwolniłem się z kombinatu. Przeniesienia nie dostałem.