Prom Pomerania — okno na świat
Europa · Rozdział V

Emigrant

Świnoujście — Szwecja, maj 1985. Kości zostały rzucone.

Spis treści Rozdział VII

W kolejną rocznicę stanu wojennego człowiek mimowolnie pochyla się nad tamtym dramatem — nad świeczkami za poległych w starciach z milicją, nad pobitymi na komisariatach, internowanymi i aresztowanymi, wyrzucanymi z pracy, zmuszanymi do emigracji. Nad tymi wszystkimi, którym PRL złamał życie albo marzenia.

Żyję i pracuję tyle lat w mozole na ten cały system — efekty? Prawie żadne. Lońka wykitował, papieżem został Polak, dzieciaki dorastają, a ich przyszłość? Marna. Jakie mają perspektywy na lepsze życie? Żadne. A ja nie chcę, żeby miały taką drogę jak moja.

Wracam z Teheranu. Jeszcze przed Belgradem dowiaduję się z „Jedynki", że Gierka zastąpił Kania. Spiker zapewnia, że będzie lepiej. Jasne — zawsze ma być lepiej.

Mija trochę czasu. Zmarnowanego. Po drodze wstępuję do domu. Auto z ładunkiem do Szwecji stoi pod oknem. Niedzielny ranek. Budzi mnie syn, mówiąc, że jakaś wojna w Polsce — w radio gadają. Telewizor milczy. Tranzystor buczy komunikatem WRON-y: stan wojenny. Wszystkie granice zamknięte. Przez noc napadało śniegu po pachy. I co teraz, dokąd z problemem?

Jadę na milicję. Dyżurny rozkłada ręce — telefony nie działają, nic mi nie powie.

Po obiedzie ruszam do Świnoujścia. Po drodze kolumny wojska, samochody, czołgi; kilka leży w rowie jak pijane krowy. Żołnierze głodni, przemarznięci, proszą o papierosa. Rozpiździaj absolutny. Chaos. Polska. Miejsce na mapie, które mnie męczy do bólu, a jednocześnie — dziwne, ale prawdziwe — które lubię. Kocham nawet. Bo tu wydarzyło się wszystko, co mnie ukształtowało: i to, co mnie uszczęśliwiało, i to, co wpędzało w dół.

Polska stała się krajem, w którym przestrzeń życiowego wyboru skurczyła się do dwóch dróg, z których żadna nie jest ani ciekawa, ani dobra.

Możliwość pierwsza: uczymy się pilnie, jesteśmy kreatywni, mobilni, dyspozycyjni, kochamy firmę, robimy karierę. Zawał przed czterdziestką gratis.

Możliwość druga: nie uczymy się pilnie, kończymy zawodówkę albo i nie, czujemy się pogardzani. Roboty nie ma. Kładziemy lagę, pijemy. Wątroba wysiada przed czterdziestką.

Polska jest brudna i zaniedbana, politycy sprzedajni, rozwarstwienie jak w Ameryce Południowej, system emerytalny niczym Etiopia — ale, trzymaj fason. Bądź kreatywny! Autorytety milczą, media tworzą wirtualną rzeczywistość. Warszawa to nie Polska, ale trzymaj fason. Bądź dyspozycyjny!

W radiu Rosiewicz wyjaśnia, czemu tu siedzę, a Tercet Egzotyczny śpiewa, że „tu jest twój dom". Dziękuję kurła! Wysiadam.

Zjeździłem kawał świata. Widziałem, jak ludzie żyją. Wiem, że moje dzieci mogą żyć inaczej. Wiem, jak żyć powinny.

Marcin z Izą w Londynie, Monika z Wojtkiem koło Filadelfii, Ewa w Madrycie, Agnieszka pracuje w podparyskim Disneylandzie — niedługo dołączy do niej Krzyś. Ja też spadam!

W maju „załatwiłem" paszport. Jadę z Orbisem na dwudniową wycieczkę do Szwecji. Koleżanka żony jedzie też — bo mówi, że nic jej tu nie trzyma. Razem, będzie raźniej.

Prom Pomerania — okno na świat. Maj 1985, Świnoujście.
Prom Pomerania — okno na świat. Maj 1985, Świnoujście.

Nad Świnoujściem, refleksami świateł odbitych w brudno-burych falach portowej zatoki, zapada wczesny zmierzch. Maj 85. Pustawe o tej porze roku miasto filtruje jeszcze chłodny — od morza — wiatr. Wchodzimy do barako-budynku, pełniącego funkcje komory celnej.

Nasza grupa jest pierwszą w kolejności do odprawy. Z trudem ukrywamy narastające podniecenie. Wprawdzie jesteśmy „czyści" — zdając sobie sprawę, że pozostaniemy w Szwecji, nie ryzykowalibyśmy zabrać niczego podejrzanego — jednak hazardowość naszego postępowania wyzwala hamowany siłą woli dreszcz emocji.

U wejścia wszczyna się harmider. Szeptana poczta niesie wiadomość, że przez komorę przechodzić będą rodacy powracający ze Szwecji. Jednak wracają? — łapię się na niedorzeczności tego skojarzenia. Pewno że wracają. Większość wraca. My jesteśmy wśród tych, którzy stanowią — owszem, znaczny, ale w całościowym rozliczeniu niewielki procent Polaków, którzy w taki to sposób szukają dla swego życia nowych możliwości.

Spocony, o rozbieganym wzroku „turysta" wjeżdża wielką lodówką-szafą w tłum oczekujących. Taranowani usiłują się wycofać, ale są napierani od tyłu. Zamęt. Bałagan. Sobiepaństwo. Na odsiecz przyblokowanemu pędzi jak w amoku następny „wycieczkowicz" — z jeszcze większym impetem i potężniejszą lodówką. Ten ma największe szanse. Pchana siłą jego ramion lodówka to prawdziwy chłodniczy kombinat!

Wspaniała szarża połączonej energii potomków husarzy spod Chocimia kończy się pełnym sukcesem. Lodówkowa lawina osiąga drzwi wyjściowe z komory celnej. Staropolskie „kupa mości panowie!" Typowo po naszemu — czyli nie tak jak być powinno. Niestety.

Wreszcie tornado przechodzi i miły głos pilota wycieczki powiadamia, że nasza pora do odprawy.

— Nie macie państwo niczego do oclenia? Żadnej waluty?

Oczy celnika robią się przez moment okrągłe z bezbrzeżnego zdumienia. Forte tornada lodówek brzmi jeszcze w jego uszach. Palec — pistolet wyskakuje nagle na wysokość mej piersi.

— Pan pozwoli ze mną!

Jak żona Lota ogląda się koleżanka, popychana przez tłum do wyjścia na prom. To ja stoję jak słup soli.

Na polecenie celnika otwieram neseser. Pobieżne przejrzenie zawartości nie rozwiewa jego wątpliwości.

— A co ma pan w majtkach?

— Zapewniam pana, że mam to co każdy statystyczny Polak w moim wieku tam mieć powinien. Czy zechce pan sprawdzić?

— Nie, dziękuję...

Moja pewność siebie rozładowuje sytuację. Zawodowa rutyna podpowiada celnikowi, że pomimo żywionych przez niego podejrzeń stanowię jakiś niestereotypowy przypadek — ewenement, nad którym można jednak przejść do porządku dziennego. Mile, obustronne podziękowanie.

Po trapie — pierwszy, jakże ważny etap w drodze do celu.
Po trapie — pierwszy, jakże ważny etap w drodze do celu.

Po trapie ładujemy się do brzuchatego wnętrza promu. Pierwszy, jakże ważny etap w drodze do celu mamy za sobą. Jak przebiegną następne?

Na pokładzie rozkręca się polski, diabelski młyn. Pokładowy kiosk z pewexowskimi dobrami zostaje otoczony kordonem przez „turystów" jak ongiś Częstochowa przez szwedzkich żołdaków jenerała Mullera. Tylko że tamci Svanssonowie przybyli do Polski w celach — dalibóg — zgoła nie turystycznych. A dziś, w ponad 300 lat od Wiktorii księdza Kordeckiego, to my najeżdżamy Szwedów.

Z wiadomych przyczyn niezainteresowani poczynaniami przedsiębiorczych rodaków — milczkiem, jakby ze wstydem za brak owej przedsiębiorczości — przemykamy we wskazanym przez stewardessy kierunku i zajmujemy miejsca w wyznaczonej nam kabinie. Głęboki buch papierosem dla uspokojenia rozdygotanych nerwów — prysznic i spać.

Intuicja, jakiś szósty zmysł — sprawił, że jednak wróciłem na łono rodziny. Nie z lodówką — jedynie z kilkoma kilogramami kawy, by ekskursja się zwróciła.

Koleżanka została. Ma się dobrze.

— Dziadek Redlich

Rozdział VIIPowrót do spisu treściRozdział VI