Władek — pupil świniopasa
Rozdział VI · Europa

Świniopas

Wyspa Kos, Grecja · Zima 1985–1986
Rozdział VSpis treściRozdział VII

Nie jestem literatem... no, może pół — bo jeszcze tyle mogę. Chciałem tylko, żebyś wiedział, jak moje zmagania z emigracją wyglądały.

Zanim znalazłem się w Kanadzie, było jeszcze osiem miesięcy w Grecji. Bo najpierw, po kilku próbach uzyskania paszportu — w końcu, gdy go dostałem — byłem w Szwecji. Rozpatrywałem wszystkie opcje za i przeciw pozostania. W końcu zdecydowałem: Szwecja nie będzie dobra do tranzytu dalej.

Choć bywałem w Szwecji wielokroć, obcość jakąś do tej krainy odczuwałem będąc tam ostatni raz. Do tego, gdy zima nadciągnie — będzie jeszcze bardziej obco. Nie, nie Szwecja.

Kupiłem u "Wawela" dziesięć kilo kawy, kilka fantów dla dzieciaków i wróciłem na łono Oj!czyzny. Nie na długo — tym razem ruszam w cieplejsze strony. Do Grecji.

Ateny, 27 listopada

Wylądowaliśmy za pośrednictwem "Orbisu" w Atenach — w trójkę. Po trzech dniach "turystyki" jeden z kolegów, który miał brata w Denver, oznajmił, że nie nadaje się na emigranta i wrócił z wycieczką do kraju. Z drugim wynajęliśmy mieszkanie w centrum Aten i w te pędy szukamy roboty.

Kolega znalazł zajęcie przy pozyskiwaniu stalowych prętów ze słupów trakcji elektrycznej metra. Dwanaście godzin z "Kacperkiem" w rękach — tak nazywał dziesięciokilowy młot — rozbijał betonowe słupy, by wydobyć ze środka stalowe zbrojenie. Wytrzymał miesiąc i wrócił autostopem do rodziny.

Ja znalazłem robotę w Pireusie przy oczyszczaniu zbiorników tankowców. Robota jak w piekle. Po dwóch tygodniach kolega dał mi namiar na faceta, który robił za agenta zatrudnienia — ów zaoferował mi robotę na świńskiej farmie na wyspie Kos.

Wyspa Kos — czerwona wysepka przy wybrzeżu Turcji, Morze Egejskie
Wyspa Kos — czerwona wysepka przy wybrzeżu Turcji, Morze Egejskie

Kostas i cztery i pół tysiąca świntuchów

Płynąłem z Pireusu promem dobę na wyspę. W porcie czekał na mnie boss świńskiego biznesu — Kostas. Była 23:30. Zawiózł mnie do swojego hotelu (miał ich pięć). Pokazał moje lokum, zapoznał co i jak — mówiąc, że będzie po mnie o szóstej rano.

Szybki gorący prysznic, zerknąłem w niebo, by znaleźć Gwiazdę Polarną. W nieznanym mi miejscu muszę zawsze wiedzieć, jak położyć się spać. Znalazłem konstelację — i witaj, Morfeuszu.

O szóstej jedziemy na farmę. Cztery i pół tysiąca świntuchów plus osiemdziesiąt byków-opasów z węgierskiej Puszty. Kostas zaopatrywał hotelowe restauracje na wyspie w sezonie, dwa swoje sklepy, a przez cały rok — dwa razy w tygodniu — transport tuczników szedł promem do Aten.

Podczas udzielania instrukcji Kostas zapytał, czy lubię zwierzęta. Oczywiście odrzekłem — inaczej mnie by tu nie było. I dodałem: "Therefore, I like animals — that when are yawning, have a human face. You can notice that?" Dlatego lubię zwierzęta, że gdy ziewają, mają ludzką twarz. Zauważyłeś to może?

Kostas zaśmiał się aż przysiadł. Poczułem, że wzbudziłem w nim uczucie sympatii. Będzie dobrze — pomyślałem. Człowiek skory do żartów nie może być złym człowiekiem.

Mieszacz, worki i wiatrówka

Procedury, które musiałem opanować i ściśle przestrzegać, przypominały mi prawo drogowe. Byłem mieszaczem karmy dla zwierzyny. Pozapisywałem sobie: ile i czego mieszać — były tuczniki, maciory, młódź i byki. Ilości i skład były inne dla każdej nacji.

W ogromnym mikserze, w którym na raz mieszało się tonę paszy — słonecznik, soja, antybiotyki dla tuczników, a nawet starty marmur. Kukurydza szła do miksera automatycznie z silosu, ślimakowym transporterem. Reszta pasz była w workach po czterdzieści–pięćdziesiąt kilo. Wszystko pod tym samym dachem. Worki nosiłem ręcznie z pryzm, sypałem do betonowej dziury, skąd podajnik prowadził do miksera, a z miksera rurą ze ślimakiem szła pasza do silosów. Dziennie przerzucałem około dwudziestu–dwudziestu pięciu ton.

Kostas dał mi skuter, bym miał czym dojeżdżać do pracy i w ogóle był mobilny. Dał mi też wiatrówkę — bym polował na szczury wielkie jak koty. Było ich tyle, że można było Kostasa posądzać o lewy, nieopodatkowany biznes.

Wigilia na Kos

Niańką byłem też — mój pupil Władek
Niańką byłem też — mój pupil Władek

Na Kos dopłynąłem tydzień przed Wigilią. Po trzech dniach wdrażania do zupełnie nieznanego mi zajęcia wyrobiłem się w dwanaście godzin z zadania napełnienia silosów karmą dla zwierzaków. A po tygodniu Kostas poklepał mnie po łopatce, podniósł dniówkę o dziesięć procent i zaprosił na pierwszy dzień świąt do swojego domu.

Wigilię spędziłem sam — nie licząc pieczonej na grillu ośmiornicy w portowej knajpce, której nawet nie zjadłem całej, bo łzy blokowały mi krtań. Powlokłem się do hotelu. Po drodze kupiłem małpkę Curwazje — wiedząc, że inaczej nie zasnę, a od rana trzeba mieszać.

Po trunku rozjaśnił mi się horyzont. Wziąłem gorący prysznic, popatrzyłem przez chwilę na Wielką Niedźwiedzicę, która wskazywała mi kierunek — gdzie Oj!czyzna, bliscy i pod kordłę. Wstałem rześki i wypoczęty. A po prysznicu — jak Herkules gotowy czyścić stajnie Augiasza.

Rodzina Kostasa i droga do Kanady

Na obiedzie poznałem resztę rodziny Kostasa. Miał syna hulakę, który nie chciał go słuchać i pomagać na farmie. Matka Kostasa — osiemdziesięciodwuletnia staruszka — obierała mi jabłka przy deserze, cały czas namawiając do jedzenia. Widocznie Kostas opowiedział im moją historię. Maryja, żona Kostasa, traktowała mnie jak honorowego gościa — aż byłem zakłopotany taką sytuacją.

Było naprawdę miło. Później często gościłem w ich domu — bo i koło domu było co robić. Pospawałem z jednej strony domu pergolę z rur, by winogrona miały się po czym piąć. Na tyłach miał Kostas plantację bananów, pod którymi krzewiły się chwasty — niszczyłem je glebogryzarką. Kamień na kamieniu w tej glebie, trzeba było uważać, by sobie krzywdy nie zrobić.

Był 2 maja. Poleciałem samolotem do Aten na interview w kanadyjskiej ambasadzie. Miła pani oficer zapewniła mnie na wstępie, że z moim zawodem bezrobotnym w Kanadzie nie będę. Rozmowa skończyła się, gdy pokazałem jej opinię mojego aktualnego pracodawcy. Oficer zapewniła mnie, że w terminie trzech miesięcy będę w Kanadzie.

Odwiedziłem kolegów, którym zostawiłem mieszkanie w Atenach. Mieszkania nie poznałem — meble, dywany, dwa telewizory, magnetofony, magnetowidy, radia. W kuchni cały zestaw nowych włoskich garnków marki Lorenzo. Jak się okazało, trójka wysokiej klasy złodziei tam rezydowała — jeden miał nawet Żyguli. Umówiłem się z nimi, że przyjadę 1 lipca i odmieszam to, co mi wiszą. Wsiadłem w samolot i wróciłem na Kos — ze świadomością, że ponad połowę drogi do celu mam już za sobą.

Kostas i reszta rodziny traktowała mnie jak swojaka. Zmartwili się, że będę ich żegnał niebawem. Nie mniej widziałem, że byli zadowoleni z tego, że wszystko idzie mi według planu. Nawet już bałakałem trochę językiem Homera. Liczyć potrafię do dziś.

A fizycznie — do takiej tężyzny doszedłem przy przerzucaniu tych worków, że gdy przyszła dostawa paszy z kontynentu, nosiłem po dwa worki szybciej, niż reszta zwerbowanych przez Kostasa robotników nosiła po jednym.

Rozdział VSpis treściRozdział VII