Kanada — mój nowy dom · Rozdział V
Kapitan Nowak, litr Żyta z Pewexu i paszport za szafą.
Pracowałem już kilka lat we firmie. Zjeździłem kawał Europy i Bliskiego Wschodu.
Któregoś dnia, po powrocie z zachodu, dyspozytor wcisnął mi kartkę. Adres, godzina, żadnych wyjaśnień. Pytany, o co biega — wzruszył ramionami: „Idź, dowiesz się."
Co jest kurwa grane? — przeleciało mi przez łeb.
Odpaliłem Mery i jadę. Adres to komenda milicji w Słubicach. Wchodzę, rozglądam się — za biurkiem jak w hotelu siedzi cieć i wskazuje mi numer pokoju. Zanim wlazłem na drugie piętro, „Jechowiec" już czekał przy schodach i z lansadami zaprasza: „Follow me."
— Proszę usiąść — wskazał krzesło. — Kapitan Nowak. Panie Edwardzie...
— Za co?! — pytam.
— Nie, nie. Pomyłka. Interesują nas pewne sprawy związane z pana pracą.
— Ooo? Panie — gadam — umówmy się na inną godzinę. Wróciłem z podróży, jestem głodny i brudny. Wykąpię się, zjem i przyjdę. Oki?
— Oki. Za trzy godziny, powiedzmy. — Nara i wyszedłem.
Woda rozmowna
Idąc powtórnie do Nowaka, wstąpiłem do Pewexu. Kupiłem wodę rozmowną — litr Żyta.
Po kilku uprzejmościach Nowak proponuje kawę. Poprosiłem — i jeszcze dwie szklanki extra. Przyniósł. Wyciągnąłem z rękawa kurtki basa.
Nowak tymczasem rozsiadł się za biurkiem i zaczął z uwagą przewracać jakieś kwity — nadając sobie powagi miejsca i chwili.
Odkręciłem — w Pewexie były z nakrętką, dla hołoty w sklepach z kapslem — i polewam. Zaoponował. On na służbie, nie może. Zapytałem, czy ja mogę. Ja już po służbie. Psze bardzo — odrzekł. Nalałem se z czubkiem i w siebie, zapijając lurowatą kawką.
— Słucham uważnie. Co pana interesuje w związku z moją pracą? — zagaiłem, dolewając sobie następną dawkę.
— Panie Edwardzie. W różnych miejscach pan bywa, które nas bardzo interesują ze względu na obronność naszego kraju... — Ojczyzny! — podkreślił.
— Przecież mamy Wojsko Polskie, które chyba spełnia tę rolę? — bardziej zapytałem niż stwierdziłem, wlewając w siebie kolejną zawartość szkła.
— No tak, ale... pewne sprawy, do których pan ma dostęp, a my nie mamy — i w związku z tym mógłby pan sporządzać raporty. Do tego zdjęcia. Pomyśli pan...
Polałem następną.
— Panie Edwardzie, dużo pan może — zapytał.
— Nie wiem. Sprawdzam. — Wypiłem. — Panie Nowak, ja z wielką ochotą pierdolnę to co robię dotychczas, a najmę się u was. Dajcie mi jakiegoś Merca — żebym się nie odróżniał — dobry aparat foto i pensję, bym żył na tej samej stopie. I już jesteśmy współpracownikami. Proste?
Praca, jaką mi pan proponuje, wydaje mi się niezmiernie łatwa. Nigdzie na zachodzie nie widziałem zakazu fotografowania jak w Polsce — na przykład dworców kolejowych, które Niemcy budowali.
Wypiłem następną. Popiłem kawką, napełniając szkło.
— Wydaje mi się, że się nie rozumiemy, panie Edwardzie. Niech pan pomyśli nad naszą propozycją. My też możemy panu pomóc.
— W czym — przepraszam — zapytałem.
— No... w wielu sprawach.
— Miły panie, bardzo serdecznie dziękuję za pomoc. Wędkuje pan? — zapytałem.
— Nie. Czasu brak.
— Więc nie będę panu przeszkadzał. Dziękuję za towarzystwo i kawę.
Wypiłem nalane. Zakręciłem flachę, schowałem w rękaw i wyszedłem.
Miła pani
Sytuacja powtórzyła się po ponad roku — tyle że w innym miejscu. Przy odnowie paszportu. Dostałem list z komendy wojewódzkiej. Lekko zdziwiony — te sprawy załatwiało biuro paszportowe firmy — jadę. Miła pani nagabuje mnie podobnie jak kapitan Nowak, o którym zdążyłem zapomnieć.
Zastrzeliłem ją pytaniem:
— Czy pani myśli, że wpadła pani pierwsza na ten pomysł w związku ze mną?
Przeprosiła z uśmiechem. Podziękowała za fatygę, życząc przyjemnej pracy.
Po dwóch latach mój paszport wpadł za szafę. Uzasadnienie: „Nieetyczne zachowanie za granicami kraju." Rozjechałem dwie owce w Rumunii. Zapłaciłem 860 dolarów odszkodowania.
Nie ma tego złego, coby na dobre nie wyszło.
Siedemnasty rok żyję z rodziną w Kanadzie. Ujeżdżam trzeciego swojego trucka.
Czasami dziękuję — nie Bogu, a polskim gorliwym szujom.
Gdyż gdyby Bóg istniał, to nie tylko szuj by NIE było, ale i z kasą by sobie poradził: obejrzyj.